Ułatw sobie życie: kuchenne gadżety dla spastyków i nie tylko!


Tak naprawdę miałam opublikować najpierw inny tekst, ale postanowiłam go jeszcze trochę podrasować :). Dziś więc będzie o czymś innym, mianowicie czas na serię „Ułatw sobie życie” z nawiązaniem do kuchni.

Wiele osób, zwłaszcza z porażeniem mózgowym nie wyobraża sobie samodzielnego funkcjonowania w kuchni, wielu rodziców tych osób również nie dopuszcza do siebie tej myśli. Czy słusznie? Nie zamierzam przekonywać spastyków i ich rodziców, że kuchnia to najbezpieczniejszy obszar w domu i nic nam w niej nie grozi. Będę was natomiast przekonywać, że warto próbować, ćwiczyć i szukać rozwiązań, ponieważ przyjdzie taki czas, że nikt wam nie zrobi kanapki, nie zmyje po was i nie ugotuje wam obiadu. To brzmi brutalnie, ale ostatnio właśnie do mnie dotarło, że bardzo mało ludzi z MPD w Polsce jest przygotowana na samodzielne życie lub życie z partnerem, który chodziłby do pracy. Wynika to głównie z podejścia rodziców, którzy nie uczą swoich dzieci bezpiecznego krojenia czy mieszania w garnku, bo nie ma czasu, trzeba pędzić do pracy lub po prostu nie wierzą, że pociecha kiedyś wyfrunie z gniazda. Nie mówię tutaj o tym, by przymuszać do roboty osobę w stanie leżącym lub bardzo ciężko spastycznym, ale jeśli dziecko umie sobie umyć zęby i rozczesać włosy, to w kuchni również sobie da radę. To, co może nas dekoncertować to ciągła obserwacja i wyręczanie, gdy coś nam spadnie czy nie wyjdzie. Nikt nie lubi, gdy się na niego patrzy podczas czynności wymagającej skupienia – każdy wtedy czuje presję, a gdy ktoś chce nas na siłę wyręczyć tracimy poczucie własnej wartości – obie te rzeczy dotyczą ludzi zarówno zdrowych jak i tych niepełnosprawnych.

Zapytacie zatem co z ostrymi przedmiotami, gorącą patelnią czy wrzącą wodą w czajniku. Osoby pełnosprawne powinny sobie zadać pytanie ile razy się zacięły czy poparzyły – pewnie kilkanaście, zwłaszcza na początku przygody z gotowaniem. Osób spastycznych nie będę kłamała, że nigdy sobie nie zrobią krzywdy, dążenie do samodzielności to krew pot i łzy. Gdy już jednak znajdziecie swój patent, dojdziecie do wprawy i zyskacie spokój mięśni, poczujecie ogromną satysfakcję z uszykowanych kanapek, sałatki, jajka sadzonego czy wypieku. Sposób i kreatywność to jedno, odpowiedni sprzęt drugie. Na naszym rynku (i nie tylko) są dostępne urządzenia, o których możecie nie mieć pojęcia. Te, o których macie pojęcie, mogą posłużyć do czegoś, co Wasi rodzice robili tradycyjną metodą. Pora zatem na odkrycie gadżetów niemożliwych :).


1. Deska do krojenia z przystawkami to podstawowa rzecz, która powinna znaleźć się w kuchni osoby niepełnosprawnej. Jest całkiem duża (50cm na 30cm) i posiada antypoślizgowe listewki. Jedna z jej krawędzi została lekko wzniesiona, by umożliwić smarowanie chleba bez użycia drugiej ręki. Na jej powierzchni znajdziemy tarkę do warzyw, zacisk do słoików lub chleba, by pokroić go jedną ręką i kolce, dzięki którym pokroimy łatwo owoce i warzywa również bez użycia drugiej ręki. TUTAJ KRÓTKA PREZENTACJA. Koszt w pełni rozbudowanej deski to 220 zł. Do kupienia TU.


2. Krajacze i szatkownice do warzyw, owoców, jaj to rozwiązanie dla tych, którzy nie chcą odpalać robotów kuchennych, bo akurat potrzebują czegoś na szybko i w niewielkiej ilości. Istnieją różne rodzaje takich krajaczy, ale przeważnie są one manualne, czyli bez użycia prądu – otwieramy, wkładamy np. jajko lub pomidora na nakładkę z ostrzami w różnych „wzorach”, dociskamy zamkniecie i w pojemniku pod mamy pięknie pokrojone produkty, idealnie np. do sałatki. TUTAJ PREZENTACJA. Cena: od 150 zł, do kupienia TU.. Oprócz krajaczy, mamy jeszcze siekacze i rozdrabniacze, które nam pokroją dane warzywa czy owoce drobniej lub na pastę – może być to np. miska z systemem sznurkowym, który w łatwy sposób nam rozdrabnia lub mieli mieszankę – w zależności od tego ile razy pociągniemy sznurek, tak będzie wszystko posiekane. TUTAJ PREZENTACJA. Cena: od 30 zł, do kupienia TU. Trzecim urządzeniem do krojenia jest krajalnica do jajek, dzięki której możemy pokroić w plasterki nie tylko jaja, ale także inne małe miękkie warzywa, owoce czy sery. TUTAJ PREZENTACJA. Cena od 45 zł, do kupienia TU.


3. Noże i łopatki kuchenne z ergonomicznym uchwytem będzie znacznie wygodniejszym rozwiązaniem dla spastyków. Dzięki rączce ułożonej pod katem prostym łatwiej je trzymać i nimi operować podczas krojenia czy przewracania produktów na patelni, ot cała filozofia. TUTAJ PREZENTACJA. Cena około 40 zł, do kupienia np.. TU.


4. Obieraczka elektryczna do owoców i warzyw przyda się tym, którzy boją się obieraczek ręcznych. Urządzenie podłączamy do prądu, nakłuwamy nasze warzywo czy owoc, dociskamy drugim kolcem i wciskamy start – po chwili mamy pięknie obrane jabłko. Obieraczka ma dwa tryby pracy, pojedynczy i podwójny, zależy jak grubą skórkę ma nasz produkt. TUTAJ PREZENTACJA. Tańszym odpowiednikiem obieraka automatycznego, jest obierak manualny – działa na tej samej zasadzie, co ten elektryczny, tyle, że tutaj musimy kręcić drążkiem – plus tego obieraka jest taki, że obierze nie tylko okrągłe produkty, ale także ogórki, cukinie, marchewki. TUTAJ PREZENTACJA. Cena: 500 zł elektryczna, do kupienia TU, 100 zł manualna, do kupienia TU


5. Trzymak do patelni i garnków powstał dla tych, co znowu podczas gotowania mogą operować tylko jedną ręką. Jest to zabezpieczenie przed przesuwaniem się rondelków i ich przypadkowym spadnięciu – np. podczas ruchu mimowolnego ;). Trzymak mocuje się na przyssawkach i skutecznie unieruchamia garnki. Cena 40 zł, do kupienia TU.


6. Otwieracz do słoików i butelek będzie pomocny dla tych, co nie potrafią otwierać butelek i słoików, bo mają problem ze spastyką w palcach lub niedowłady. Wystarczy przyłożyć otwieracz do nakrętek i go przekręcić trzymając za wydłużony uchwyt. Cena 32 zł, do kupienia np. TU.


7. Ruchoma podstawka pod czajnik to kolejne ciekawe rozwiązanie dla tych, co nie chcą ryzykować podnoszenia czajnika, również elektrycznego i przypadkowego wylania wrzątku. Podstawka posiada dodatkowy pasek z rzepem, którym można zabezpieczyć czajnik z tyłu, by się nie przesuwał. Nie musimy ściągać czajnika z podstawki, a gdy chcemy nalać wody do kubka wystarczy, ze lekko popchniemy palcem jego rączkę. Cena około 140 zł, do kupienia TU.


8. Robot planetarny z przystawkami to chyba najbardziej uniwersalne i wielozadaniowe urządzenie do kuchni, które nie tylko może ułatwiać życie osobom pełnosprawnym, ale również tym, mającym problemy z rękami. Robot ten może zastąpić tarki, ucieraczki, blendery, miksery, maszynki do mięsa. Przede wszystkim szybko ubijemy jajka czy wyrobimy nim dowolne ciasto – nie trzeba tego robić ręcznie. W komplecie zwykle jest sprzedawana przystawka do mielenia, malakser z tarczami szatkującymi oraz np. blender kielichowy. Dodatkowymi przystawkami, które możemy kupić to chociażby przystawka do wałkowania ciasta czy robienia makaronu. Pamiętajmy, moc takiego robota planetarnego powinna wynosić przynajmniej 1200W – w innym wypadku silnik może nie podołać i pójść z dymem, wyjątkiem jest sprzęt firmy KitchenAid, który ma trochę inną zasadę poboru mocy – jest to jednak bardzo wysoka półka cenowa – 2300 zł za robot + misę, trzepaczkę, mieszadło i hak. Dla porównania robot firmy Bosch, MaxxiMum kosztuje 2100 zł, posiada moc 1600W i ma w zestawie misę 5l, trzepaczkę, mieszadło, hak, rozdrabniacz do warzyw i owoców, różne tarcze do ciecia i tarcia oraz blender kielichowy, robot Gratus równie renomowanej firmy Eta, oprócz wszystkich przystawek Boscha, w wersji podstawowej może także mielić mięso oraz zboże, wyrabiać kiełbasy i wykrawać ciastka – moc 1200W, cena 2300 zł. TUTAJ KRÓTKA PREZENTACJA jednego z robotów.


9. Blender kielichowy z funkcją gotowania – długo nie wiedziałam o jego istnieniu, a szkoda, bo to rewelacyjny patent. Nie każdy się czuje na siłach cały czas pilnować zup, mieszać je czy blendować blenderem ręcznym. Firma Philips stworzyła blender, który krok po kroku ugotuje zupę i jeśli później będziemy chcieli zrobi z niej krem. My jedynie musimy wrzucać po kolei składniki i ustawić program. Oprócz zup możemy oczywiście też przygotować koktajle i kruszyć lud. Moc 1100W. TUTAJ PREZENTACJA. Cena 1000 zł, do kupienia TU.


10. Pierogarka ułatwi lepienie wszystkim, mniej sprawnym miłośnikom pierogów. Urządzenie jest plastikowe, zwykle dwustronne – jedna strona ma mniejszą średnicę, druga większą. Możemy go użyć na dwa sposoby. Pierwszy polega na wycięciu nim kółek na rozwałkowanym cieście, położeniu na nich farszu i zamknięciu ciasta tymże gadżetem, lub drugi sposób to ułożenie kupek z farszu w linii prostej 5 cm od krawędzi ciasta, wywinięcie krawędzi ciasta nieco ponad farsz i przyłożenie pierogarki centralnie nad farszem – dociskając ją powstanie śliczny pieróg. Druga metoda jest prostsza i szybsza. TUTAJ KRÓTKA PREZENTACJA. Cena 5 zł, do kupienia np. TU.

Pokazałam wam dziesięć przydatnych rzeczy do kuchni, które według mnie stanowią znakomite dodatki treningowe i pomocnicze dla osób z dysfunkcjami rąk. Wszystkie spełniają swoje zadanie, jednak dla mnie samej, niektóre z nich mogłyby być wykonane bardziej estetycznie. Np. podstawka pod czajnik lub zabezpieczenie przed przesuwaniem się garnków – gdyby były czarne lub srebrne, wkomponowałyby się bardziej w kuchnie – dla niektórych to może być bez znaczenia, są jednak osoby, które patrzą na takie szczególiki ;). Jeśli miałabym powiedzieć, który gadżet jest dla mnie najbardziej praktyczny, pewnie wybrałabym robota planetarnego, bo jest dla mnie bezkonkurencyjny. Nie zawsze jednak jest czas, by dokręcać przystawkę szatkującą i wtedy doskonale się sprawdzi zwykła krajalka do jaj. To rzecz jasna nie wszystkie gadżety kuchenne dostępne na rynku, jest ich naprawdę całe mnóstwo. Do listy powyżej mogłabym dołączyć również rękawiczki kuchenne ze specjalnego materiału dzięki którym na pewno się nie zatniemy podczas krojenia lub obierania. Warto inwestować w takie małe rzeczy i się na nich uczyć. Warto je pokazywać dzieciom i zachęcać je do samodzielności. Zdaję sobie sprawę, że czasem trudno sobie wyobrazić samodzielność spastycznego dziecka, ale im wcześniej się zacznie tą naukę, tym lepiej sobie da radę w życiu. Każdemu rodzicowi życzę wiary, siły i cierpliwości, wszystkim starszym spastykom również. Pamiętajcie, na naukę nigdy nie jest za późno – wystarczy wasza determinacja.

Hallo Berlin, hallo U2! - 30-lecie płyty The Joshua Tree



Tegoroczna trasa koncertowa zespołu U2 – „The Joshua Tree” to niespodzianka dla fanów z okazji jubileuszu płyty o tym samym tytule. 30 lat temu krążek przyniósł grupie ogromny sukces, a jej utwory stały się najlepszymi przebojami do dnia dzisiejszego. Dla mnie „The Joshua Tree” jest faktycznie płytą wyjątkową, tuż obok „Achtung baby”. Z tego też powodu nie mogłam przegapić tego wydarzenia.

Trasa w Europie obejmowała kilka miast, m.in. Londyn, Rzym, Paryż, Amsterdam czy Berlin. Mieszkając w Polsce, szczególnie zachodniej i środkowej najbardziej się opłacało jechać do stolicy Niemiec i tak też zrobiliśmy. W Berlinie byłam dwa lata temu, również na U2 i to miasto mnie bardzo zaintrygowało. Wtedy koncert się odbywał w innej dzielnicy, a pogoda tylko zachęcała do zwiedzania. W środę, 12 lipca, po opuszczeniu domu, widziałam na niebie ciemne chmury i myślałam, czy pogoda, o której słyszałam się rzeczywiście sprawdzi. Robert zanim po mnie przyjechał, odebrał moją koszulkę, którą sobie sama zaprojektowałam i gdy tylko ją ubrałam wyruszyliśmy. Miałam w planach pierwszy raz zrobić prawdziwą wideo relację, nawet chciałam kilka słów nagrać, jednak gdy przekroczyliśmy granicę wiedziałam, że z mojego filmu będzie tzw. kiszkendorf. Lało, zacinało i waliło deszczem – nic nie wskazywało na to, by miało się przejaśnić. O dziwo w samym Berlinie nie pobłądziliśmy, ale mieliśmy kłopot, by znaleźć miejsce, bo wszystkie parkingi były prywatne, a nie miałam zamiaru wydawać kilku euro za miejsce. Niestety nie wydrukowałam mapy i nie miałam pojęcia jak tam wygląda z kopertami. Przed stadionem stało dziesięć radiowozów, ale żaden policjant nam nie umiał pomóc, więc zaparkowaliśmy po prostu na bezpłatnym parkingu na stadionie. Pierwsze, co musieliśmy zrobić, to odebrać bilety z biura. Koszt wysyłki był wysoki, zatem wybrałam opcję samodzielnego odbioru. Wydrukowałam złego maila (nie było w nim mojego imienia i nazwiska), więc Pani musiała szukać po numerze zamówienia – dla mnie to było wszystko jedno, bo z reguły wystarczy numer zamówienia, ale Robert już był poirytowany – serio, ja facetów nigdy nie zrozumiem, tak szybko tracą cierpliwość…

Otrzymałam nasze bilety i ruszyliśmy szukać WC. Kawałek koło stadionu była toaleta ogólnodostępna – z jednej strony dla panów i pań, z drugiej dla osób na wózkach – rzecz jasna kolejka ludzi korzystała z obu, bo po co ta przystosowana ma stać pusta. Ja nigdy nie umiem wymuszać pierwszeństwa, choć mam do tego prawo, tym bardziej, jeśli chcę skorzystać z kibelka przeznaczonego dla mnie, więc staliśmy tam z 10-15 minut, a kiedy nikt nawet nie zaproponował, bym pominęła te kolejkę, postanowiłam iść dalej. Tym razem to ja się zdenerwowałam – po chwili coraz bardziej, ponieważ zaczynało coraz mocniej padać. Kierowaliśmy się w dół w stronę Steubenplatz, bo minęliśmy tylko włoską restauracje z pizzą za 10 euro. Czy w Berlinie je się pizzę? Nie, w Berlinie je się kebab od turka i takiego kebabu szukaliśmy, Znaleźliśmy kebabownię Westend Grill z daniami za 3,50 euro i to była przyzwoita cena za tak dobre mięso, niemniej zanim zamówiliśmy bułki z całym tym mięsiwem musieliśmy szukać bankomatu, gdyż kart nie akceptowali. Naczekaliśmy się za miejscem, zjedliśmy i powoli wracaliśmy na stadion, zahaczając o toaletę, przy której już naprawdę była ulewa. Na miejscu można było z nas wyżymać wodę, więc wzięliśmy z auta parasol, który i tak musieliśmy odnieść, bo regulamin zabraniał wnoszenia takich rzeczy, co w efekcie skutkowało dalszym moknięciem.

Kolejka dla wózkowiczów była połączona z kolejką VIP-owską i znowu staliśmy niczym kury na deszczu. Facet na wózku za mną już klął, a ja głęboko oddychałam i myślałam czy to już koniec niemiłych atrakcji. Po przekroczeniu barierek się okazało, że nie, bo nie prowadziły one bezpośrednio do wejścia na stadion – musieliśmy sami je odnaleźć – steward oczywiście nie wiedział gdzie mam iść, by nie wchodzić po schodach – ktoś obok to odpowiednio skomentował i miał rację – nie dość, że musze moknąc to jeszcze nikt nic nie wie. W końcu Robert mnie zaczął wciągać po tych schodach i w tym momencie mi przyszło do głowy, kto byłby odpowiedzialny gdyby Roberta ktoś przypadkiem popchnął – ludzi było multum i nikt nie patrzył gdzie idzie i jak idzie, byle do przodu. Będąc już na górze znowu pokazaliśmy bilet i ktoś nam wskazał miejsce. Platformy dla niepełnosprawnych liczyły po 5 osób na wózkach i zero krzesełek dla ich asystentów. Nie mam pojęcia czy tylko w halach są te krzesełka, ale ich brak mnie znowu zaskoczył. Mieliśmy półtorej godziny do koncertu, więc poprosiłam Micha, by mi przyniósł szklankę wina, żebym choć trochę zapomniała o tym, jaka jestem przemoczona.

Patrzyłam przed siebie i szczerze współczułam tym, co stali na płycie (ze względu na ulewę), ale jednocześnie im zazdrościłam widoku – mój był masakryczny, widziałam tylko czarne punkty na scenie.


O samym koncercie… 

Gdy usłyszałam pierwsze dźwięki U2 poczułam ekscytację, ale nie było to tak samo silne uczucie jak dwa lata temu, kiedy to byłam na ich koncercie w hali Mercedesa. Raczej było mi nijak radośnie. Cieszyłam się, że tam jestem, że mogę posłuchać mojego ukochanego zespołu znowu na żywo, ale byłam również zła o dupowatą widoczność, pogodę i brak takiego klimatu, jaki panował w hali. Bono i reszta grupy byli rzecz jasna świetni, serwując utwory z płyty The Joshua Tree, ale czegoś mi było niedosyt. Mogliśmy słuchać trzech części koncertu, ta środkowa była poświęcona płycie i znalazły się tam:

Where the Streets Have No Name
I sttill Haven't Found What I'm Looking For
With or Without You
Bullet the Blue Sky
Running to Stand Still
Red Hill Mining Town
In God's Country
Trip Through Your Wires
One Tree Hill, 
Exit 
Mothers of the Disappeared.

Oprawa koncertowa była… Dobra? Nie mogę powiedzieć, że była zła, bo pewnie taka nie była. Natomiast jeśli miałabym ją porównać do tej z koncertu Innocence + Experience to była skromna. Jeden telebim i dość krótki mostek wychodzący w publiczność. Filmów nie było tak wiele i nie było takich przerw narracyjnych między utworami. Otwarta przestrzeń stadionu natomiast zabrała myślę sporo jakości dźwięku. Podczas trzeciej części przy utworze "Mysterious Ways" na scenę znowu została porwana fanka i to nieco mnie ożywiło. The Joshua Tree wypadło dobrze, ale nie znakomicie. Być może to dlatego, że nie jest to główna trasa, może dlatego, że zespół wydał mniej pieniędzy, może przez pogodę a może po prostu moje miejsce mi odebrało całe show. Pojechałam i nie żałuję, pojechałabym nawet jakby w ogóle nie było telebimu i jakbym musiała siedzieć jeszcze dalej. Brak niesamowitych efektów wizualnych nie odbiera zespołowi talentu, emocji i wszystkich cennych cech, które inne grupy nie mają. Ja już kiedyś słyszałam teorię, że występy na stadionie nie są tak klimatyczne jak te w halach sportowych i mogę teraz tą teorię potwierdzić. Bardzo mnie poruszył kawałek "Miss Sarajevo" i film, który mu towarzyszył - podobne odczucia miałam podczas poprzedniej trasy przy utworach "Octoober" i "Bullet The Blue Sky". Ostatnim utworem, był utwór „One”, którego cytat mam wyryty na jednej bransoletce i będzie ze mną pewnie do końca życia, bo tak jak i cały kawałek jest niezwykle prawdziwy w dzisiejszych czasach. Robert myślał, ze koncert się kończył 6 utworów wcześniej, ale wybaczam mu, był pierwszy raz i nie wiedział, że zespól wychodzi na mini przerwę :) Po 23 wyruszyliśmy w kierunku auta, razem z tym tłumem, w tym deszczu - nadal padało i w dodatku zrobiło się strasznie chłodno.

Jazda powrotna, nocą dała niestety Robertowi w kość. Mi zresztą też się oczy zamykały, ale nie mogłam spać, musiałam mówić do Micha, by nie zasnął. Chwilę przed 3 nad ranem byliśmy w domu. Umyliśmy się i poszliśmy spać. Robert niestety musiał wstać do pracy i było mi go zwyczajnie szkoda, może nawet miałam wyrzuty sumienia, że nie pojechałam z ojcem, ale podobało mu się i bardzo go kocham, że mimo wszystko chciał ze mną spełnić moje marzenie.

Dzień po koncercie buszowałam na allegro i zdałam sobie sprawę, że nie mam dwóch płyt koncertowych, więc kiedyś będę musiała uzupełnić kolekcję lub poprosić kogoś o prezent ;). Dowiedziałam się również ile kosztował przejazd z Poznania autobusem fanów i następnym razem może skorzystam, bo cenowo wychodziło podobnie, co nasze paliwo, ale dodatkowo jest frajda, że wszyscy w tym autobusie jadą specjalnie na U2, pewnie też śpiewali podczas drogi, no i mogli się przekimać :)

Drogie U2… Czy zawitacie w końcu do Polski? :)

Mini relacja z koncertu już jest na YouTubie. Niestety przez pogodę nic poza tym nie udało się nagrać. Może następnym razem ;)

Jak łatwo zniszczyć marzenia?



Ostatnio na moim fanpage’u pojawiło się kilka krytycznych komentarzy odnośnie mojego celu, jakim jest przystawka lub segway (kliknij tutaj, by zobaczyć). Prowadząc taki profil i organizując zbiórki trzeba się liczyć z tym, że nie każdemu się to będzie podobało i w końcu ktoś napisze jakieś gorzkie słowa. Przyjęłabym to bez komentarza, gdyby nie sposób, w jaki to zostało przedstawione.

Czy osoba niepełnosprawna na pewno rozumie drugą osobę niepełnosprawną? Zawsze myślałam, że każdy, kto porusza się na wózku będzie dążył do tego, aby poprawić swoją jakość życia tak, by móc z niego jak najbardziej korzystać. Okazuje się jednak, że niektórzy wybrali siedzenie w domu – ogólnie ujmując. O tym, że są takie osoby wiedziałam od dawna. Nigdy ich nie oceniałam. Bo to ich wybór, być może strata. Skoro ja nigdy nikogo nie krytykowałam za poddanie się lub po prostu brak siły, dlaczego inni krytykują to, że ja nie chcę siedzieć w miejscu?

Ktoś napisze, że sprzęt, na który zbieram to fanaberia i luksus. Ktoś inny stwierdzi, że podróże, które tak kocham to w dzisiejszych czasach zbytek. Po pierwsze: specjalistyczny sprzęt nie oznacza luksusu, po drugie: podróże nie dla wszystkich są wygórowaną potrzebą.

W pewnym sensie, to jest przykre, że ludzie nie umieją myśleć poza swoimi ramami. Bo jeśli ktoś mi pisze, że wózek manualny całkowicie by mi wystarczył, to albo jest absolutnie samodzielny i nie wie jak spastyka może ograniczyć, albo się zamknął w przekonaniu, ze tak już musi być. Podobnie z tymi podróżami – w swoim życiu już trochę miejsc zwiedziłam i nigdy to nie były grube pieniądze – nie jeżdżę z drogimi biurami podróży i nie sypiam w apartamentach 5 gwiazdkowych. Nie zamierzam rezygnować ze zwiedzania świata, tylko dlatego, że komuś się to wydaje drogie czy niepotrzebne. Wyjeżdżam po to, by coś zobaczyć, coś wyjątkowego, innego – za małe pieniądze.

Sprzęt, który jest mi potrzebny nie tylko będzie służył do podróżowania. Sprzęt, na który zbieram przede wszystkim będzie służył do tego, bym stawała się samodzielna. W domu, w sklepie, szkole, biznesie, na spacerze i w wielu innych, nieodłącznych dziedzinach życia. Tego problemu być może nie zrozumie nikt, komu nie przeszkadza spastyka w rękach. Ja, mimo, że ją mam, nie wyobrażam sobie spędzić całego życia przy rodzicach, bez dzieci, bez pasji i bez planów na przyszłość. Nie lubię siedzieć w domu i nie czuję się z tego powodu winna. Powinnam się w ogóle tak czuć? Czy rozwój jest czymś złym? Dla osób otwartych i silnych, z pewnością nie. Dla tych, co stracili wiarę być może tak, ale taka osoba nie ma prawa krytykować kogoś innego za chęć do działania.

Zbiórek i portali do ich zakładania jest wiele. Tak jak już kiedyś pisałam, jedni zbierają na operacje, drudzy na remont domu, inni na wydanie książki czy płyty, jeszcze inni na podróż maluchem po USA czy wspinaczkę na Mount Everest. Ja zbieram na sprzęt do poruszania się. Czy mój cel jest gorszy lub lepszy? Nie zamierzam tego oceniać, bo to nie o to chodzi. Facet wjechał przypadkiem w Beatę Szydło i dzięki nagłośnieniu zebrał ponad 130 000 zł na Seicento warte 6 000 zł. Czy ja oceniałam cel jego zbiorki? Nie, bo każdy ma prawo zbierać na co chce i jeśli ludzie chcą wpłacać pieniądze to znaczy, że to wcale nie jest głupie. Nie raz sama komuś oddałam kilka złotych, bo jak to mówi moja koleżanka - dobro wraca.

Zatem ludzie, przestańcie być zawistni, bo tu o zawiść chodzi przede wszystkim. Nie oceniajcie niczego przez pryzmat pozorów czy własnych wartości. Każdy te wartości ma inne, ale to nie oznacza, że są one gorsze. Są po prostu inne – z czasem może się okazać, że lepsze i trzeba to przyjąć z pokorą, tak jak ja przyjmuje fakt, iż mój cel nie jest na pierwszym miejscu.

Dziękuję wszystkim krytykantom i tym, którzy jednak widzą coś więcej w życiu na czterech kółkach niżeli tylko cztery ściany. Jesteśmy wielcy!

Kręcą mnie podróże: Chorwacja – cudowny kraj z trudnymi drogami



Nasz wyjazd do Chorwacji był planowany kilka miesięcy temu. Najpierw chcieliśmy wziąć kolegę Roberta (Micha :) ), ale niestety ten miał inne wydatki. Ja dzielnie odkładałam „rentkę” i szkolne stypendium – zdawałam sobie sprawę, że paliwo i zakupy tam na miejscu będą nie tak tanie. Najtaniej nas wyszedł nocleg, bo za 7 nocy zapłaciliśmy 925 zł. Niektórym może się to wydać sporo, ale gdy podzieli się tą sumę przez dwie osoby, wychodzi 460 złotych – nad polskim morzem tak dobre warunki za taką cenę? Nigdy w życiu. Przyznam zresztą, że dosyć długo szukałam lokum, które byłoby bez schodów i z dużym prysznicem. Oferty tańsze też oferowały dobre warunki, ale nie po to jadę na wakacje, by kazać Michowi mnie targać dwa lub więcej razy dziennie po dziadowskich schodach lub przeżywać męczarnie pod prysznicem, mającym zwykle 80x80 cm  Wybór zatem padł na bungalow w Brodaricy, który urzekł mnie przede wszystkim przytulnym wystrojem – w Chorwacji niestety apartamenty z reguły mają na podłogach kafelki i białe ściany – tutaj były panele i kamień na ścianie, odchodzący od wielkiego kominka. I w tej chwili znowu mogę się wydać niektórym wybredną bestią, ale przypominam o cenie – w naszym kraju nad Bałtykiem za panele i kamień pewnie wydalibyśmy 1500 złotych – nie mówiąc już o nowoczesnej kuchni i łazience. Byłam naprawdę szczęśliwa, że coś takiego udało mi się wyszperać, w ofertach, w których żadna nie była w żaden sposób przystosowana.

Kiedy do wyjazdu zostało zaledwie pięć dni, coraz bardziej się obawiałam, że z urlopu za bardzo nie skorzystam – kilka dni brałam antybiotyk, który nie dość, że wywołał u mnie silną reakcję alergiczną, to jeszcze wyniszczył mi wszystkie dobre bakterie i wyszły mi afty i inne ohydztwa. Nie mogłam ustać, bo byłam spuchnięta jak balon i bolała mnie każda kostka. Nie mogłam mówić i jeść, bo w buzi miałam rany. Spać również nie mogłam – ból potęgował ruchy mimowolne i non stop się budziłam. W poniedziałek, na szczęście, tata poszedł do lekarza rodzinnego, by ten mi wypisał jakiś lek, i tak łykając Trioxal i witaminę B2, smarując usta Octeniseptem powoli zaczęłam wracać do formy. Po tym całym horrorze, poczułam wielką ulgę, gdy w końcu przyszedł piątek.



Wyjechaliśmy około 18 – przedtem zaliczyliśmy parę zapominalskich wpadek. Zamierzaliśmy zrobić postój w Czechach, by nie jechać nocą. Mieliśmy tam dotrzeć między 22, a 23, ale w górach nas zastała taka śnieżyca, że Robert musiał zwolnić do 25km/h  Wpadliśmy prawie do rowu – widoczność była zerowa, śnieg padał jak oszalały, aż nagle znikł. Wtedy zaczęliśmy błądzić po Lukovie. Trwało to ponad pół godziny, więc zrezygnowani zadzwoniliśmy do Pani, która nam wynajmowała pokój – bardzo miła kobieta postanowiła po nas wyjechać. O 1 w nocy się położyliśmy spać, by przed 8 rano jechać w dalszą podróż. W Austrii, jak to w Austrii, zastał nas korek gigant. Nawet mnie to specjalnie nie zdziwiło, bo miałam już doświadczenia z poprzednich lat i Robert był trochę zły, że mu o tym nie przypomniałam. Pytanie, czy to by cos zmieniło, ale facet za kierownicą zawsze musi pomarudzić ;). Im bardziej się zbliżaliśmy do chorwackiej granicy tym bardziej czułam w brzuchu mrowienie. W takich momentach naprawdę sobie zdawałam sprawę jak bardzo kocham ten kraj i jak wielki do niego czuję sentyment. Przekroczyliśmy bramki i w końcu pojawiło się to COŚ. Góry, góry, zatoki mniejsze i większe oraz morze – piękne, pochłaniające coraz to bardziej pomarańczowe słońce. Robert jechał pierwszy raz do Chorwacji i już podczas drogi stwierdzał, że jest tu pięknie. To mnie tylko utwierdziło w przekonaniu, że warto było jechać te 1300 kilometrów. U celu, znaczy w naszej Brodarickiej wsi, znaleźliśmy się chwilę po 21, czyli tak jak przypuszczaliśmy. Po raz kolejny mieliśmy problem, by znaleźć nasz bungalow, ale to pewnie dlatego, że był nieco ukryty za głównym budynkiem z apartamentami. Po zaparkowaniu przywitało nas sympatyczne, młode małżeństwo – właściciele nam pokazali całe pomieszczenie, a ja dziękowałam bogu, że łózko już było zrobione, bo oczy Roberta wołały o poduszkę, moje zresztą też :).




Nazajutrz odkryliśmy jak fantastyczny widok udało nam się zorganizować. Z tarasu mogliśmy podziwiać jedną z kilku marin, które tam się znajdowały. Parę ślicznych, małych, białych łodzi kołyszących się na turkusowej wodzie, a gdzieś w oddali krzyki mew. Nadal byliśmy nieco wyczerpani 18 godzinną jazdą, więc żeby znowu nie wsiadać do auta, poszliśmy po prostu zobaczyć, co na nas czeka w miasteczku. Niewątpliwie była to pogoda, ponad 20 stopni w cieniu i lekki wiaterek – to dla mnie idealne połączenie – nic się nie poci ;). Mnóstwo apartamentów i murków z kamienia, wiejskie, prawdziwe babcinki, kwiaty i orientalne rośliny, ławeczki tuż przy wodzie, mostki, mosteczki, widok na wyspę. To, czego nam zabrakło to lodów, takich prawdziwych, na wafelku – podejrzewamy, że to przez maj – to nie jest jeszcze sezon. Wracając z drugiej strony przy ulicy znaleźliśmy chyba trzy piekarnie i dwa Studenaci – coś al ’a nasza Biedronka tylko dużo droższe, hyhy. Napotkaliśmy też sklep z rowerami KTM – to taka ciekawostka dla mojego brata . Po wstępnych oględzinach wróciliśmy do domku na obiad, spotykając naszych sąsiadów, którzy jak się okazało przyjechali z Kalisza. Proponowali nam spotkanie „zapoznawcze”, ale odmówiliśmy przez przygotowywanie żarełka.

Drugiego dnia, po porannych rytuałach, podjechaliśmy autem do Szybenika, który był przeze mnie nazywany Szybernikiem – nie wiem co mi się w głowie uroiło, że tam w środku jest r, ale tak już pewnie zostanie.
Miasto leżało 10 minut samochodem od naszej Brodaricy, ale nie dało się tam dojść pieszo – a jeśli nawet, to na pewno to nie była wyklepana ścieżka. Gdy dojechaliśmy do centrum, powitały nas bloki – nie pamiętałam takich widoków z poprzednich pobytów w Chorwacji, więc blokowisko na górach zrobiło na mnie wrażenie. Później szukaliśmy miejsca parkingowego. Robert się martwił o płatność, ale ja byłam przekonana, że z moją kartą parkingową możemy parkować w strefie na oznaczonym miejscu, pod warunkiem, iż nie była prywatna. Po zrobieniu kółka w końcu zaparkowaliśmy przy ulicy i ruszyliśmy z powrotem pieszo w stronę miasta. Minuty nam mijały przyjemnie – drugi dzień ciepła – ale i zostawały nam stawiane na drodze niespodzianki – tu schody, tam schody. Oczywiście istniała droga samochodowa i prosiłam Roberta, by to jej szukał, po co sobie robić kłopot. W między czasie podziwialiśmy mroczne zakątki miasta, „mroczne”, bo trochę nam przypominały naszą Wildę, tylko czekać aż ktoś nas złoi ;) Po pokonaniu spadów, dotarliśmy na promenadę, gdzie jak się okazało turystów było zatrzęsienie, w tym pełno Polaków. Nie powiem, trochę mi ten fakt poprawił pewność siebie, bo miałam wrażenie, że wyjazd na majówkę do Chorwacji to szaleństwo i głupota – komu by się chciało jechać tyle kilometrów na zaledwie kilka dni? Jak widać, to całkiem normalne :). Chwile pospacerowaliśmy główną drogą portową i poszliśmy na starówkę.


Oczywiście, by się na niej znaleźć musieliśmy wczołgać się po schodach, ale Robert był tak, podekscytowany, że zrobił to ekspresowo. Do góry czekały na nas przepiękne kamienne budynki i tak jak się na końcu zastanowiliśmy była to najładniejsza starówka, którą odwiedziliśmy podczas tego pobytu. Weszliśmy do kilku sklepików, by zobaczyć, co ciekawego możemy przywieźć do kraju i doszliśmy do wniosku, że najlepsze będą niezawodne magnesy, które przyczepialiśmy do lodówek. Robert po drodze skusił się na lody, ja tylko od niego spróbowałam, chcąc przyoszczędzić kupując gdzieś poza tym całym komercyjnym szałem. Obeszliśmy wszystkie zakamarki urokliwych budynków i powoli wracaliśmy do auta – wierzcie mi, półtorej godziny w takim gwarze potrafi człowieka zmęczyć. Jak się potem okazało, gwar Szybenika, miał się nijak do tego, jaki zastaliśmy w kolejnym mieście, ale o tym później. W drodze do samochodu jeszcze zrobiliśmy trochę zdjęć i zbadaliśmy kilka rzeczy wzrokiem – to, co mnie zaskoczyło i nawet Robert nie mógł mnie przekonać, że tak jest, to fontanna, na której były żółwie – żywe. Upierałam się, że to są jakieś ozdoby, dopóki się bardziej nie przypatrzyłam – faktycznie się ruszały. Zrobiłam tylko minę i czekałam aż pójdziemy dalej :). Wstąpiliśmy jeszcze do Chorwackiego Kauflanda, zrobić zakupy – ledwo się wyjazd zaczął i już poszło 120 kun. Madziunia chciała kabelek HDMI, Robercik chciał skrzyneczkę, później jaja, masło czekoladowe, sosik do ryżu na w razie co, zaparzacz do herbaty, piwo, wino i tak oto się wydało trochę pieniędzy. Mi się tylko chciało śmiać, bo jeszcze przed wyjazdem mówiłam mamie, że wydatkami to my zarządzać nie umiemy. W południe się byczylismy i znowu chodziliśmy po Brodarickich marinach.


Trzeciego dnia postanowiliśmy sprawdzić, co jest po drugiej stronie ulicy w naszej wiosce.
Znaleźliśmy kolejną piekarnię i kolejny raz psioczyliśmy na brak przydrożnych ścieżek. Zapędzając się w głąb lewej strony, mogliśmy podziwiać tę bardziej zieloną wersję Brodaricy. Apartamentów już nie było tak dużo, za to dalej domy miały ten swój urok. Było jeszcze bardziej cicho, a droga się ciągnęła nie wiadomo gdzie. Szliśmy i szliśmy, ale w końcu zrezygnowaliśmy, bo naprawdę nie wiedzieliśmy dokąd zajdziemy – według mapy na końcu była zatoka i nawet chcieliśmy w inny dzień tam podjechać autem, ale nie zrobiliśmy tego przez pieska, który się do nas przyczepił – szedł za nami całą drogę i ewidentnie chciał, by go ktoś przytulił – ciężko mi było go zostawiać, więc drugi raz nie chciałam na niego trafiać. Idąc do naszego bungalowu, kupiliśmy w piekarni chlebuś. Na wieczór rozpaliliśmy grilla smażąc kiełbasy i kanapki z serem feta i suszonymi pomidorami, a po jedzeniu wybraliśmy się na ławeczkę na promenadzie i kosztowaliśmy cynamon – Jack Daniel’s Fire – odkryty jeszcze na poznańskich targach whisky – na tej plaży smakował cudownie, a z każdym kolejnym łykiem było mi coraz bardziej smutno, że zostały nam już tylko trzy dni.



Czwarty dzień nosił imię Split.
Szczerze powiedziawszy jechaliśmy tam, bo wypadało. Nie odwiedzić jednego z największych miast Chorwacji? Ja kompletnie zapomniałam, że byłam tam kilkanaście lat temu. Kilometry mijały i coraz bliżej nas pojawiały się blokowiska. Nie zdawaliśmy sobie wtedy sprawy, na jaką minę się natknęliśmy, dopiero wysiadając z auta (po kilku okrążeniach w poszukiwaniu wolnego miejsca) zaczęliśmy dostrzegać jak wielka wędrówka nas czeka. Dotknęliśmy wielkiego palucha Grzegorza z Nim, ale zamiast szczęścia, mieliśmy nadzwyczajnego pecha :). Piękny zielony park Josipa Jurja Strossmayera i pyszne suszone owoce na targu to jedyne miłe rzeczy, które nas tam spotkały. A wszystko się zaczęło od starówki, która nas chyba nie powaliła. Trudno być zachwyconym czymś, co już widzieliśmy w Szybeniku, a jest jedynie trochę większe. Te same budynki, te same uliczki i te same sklepiki. Fakt, tutaj był czynny kolejny targ, na którym po okazyjnej cenie kupiliśmy krewetki, reszta natomiast nas nie urzekła. Po dwóch godzinach chodzenia po starówce, zaczęłam się robić głodna. Wszędzie pachniało jedzeniem i miałam ochotę coś wszamać. Problem tylko polegał na tym, że wszystko tam było pioruńsko drogie, nawet zwykle hamburgery. Co w tej sytuacji zrobić?

Namówiłam Roberta byśmy wyszli z tej starówki i zjedli w centrum handlowym lub na obrzeżach. Miasto było bardzo dobrze dostosowane do wózków: na zjazdy/podjazdy w krawężnikach nie mogliśmy narzekać, ale liczne wzniesienia dawały Robertowi w kość. Ja zresztą też się coraz gorzej czułam widząc jak dycha. Trudno uwierzyć, ale przeszliśmy 4 kilometry w tak okropnym terenie i na naszej trasie nie było ani jednej knajpy z jedzeniem. Same puby z alkoholami. Dotarliśmy w końcu do jakiegoś dziwnego centrum handlowego, które było poćwiartowane na kawałki – pierwszy raz widziałam taki twór – teraz się okazało, że to był kompleks sportowo rozrywkowy :D. Cokolwiek to było, jedzenie tam również mieli drogie i zrezygnowaliśmy, chociaż gdybym się uparła pewnie bym zamówiła najtańsze picie, po to, by skorzystać z toalety, na którą czekałam od godziny. Szliśmy jednak dalej, do centrum handlowego Joker. Patrząc teraz na mapę, trudno mi uwierzyć, że ta nasza droga od starówki, przez Dvorana Gripe, po TC – Joker była tak skomplikowana i długa. Podejrzewam, że zrobiliśmy po prostu większe kółko, nie mieliśmy bowiem internetu, by móc sobie włączyć GPS’a, a samochodowy miał słabą baterię i w całym tym zaplątaniu drogowym patrzyliśmy jedynie na znaki. W międzyczasie gdzieś zboczyliśmy, potem chwilę przysiedliśmy, Robert był zły na te wzniesienia, ja jeszcze bardziej. Autobusy jeździły, ale nie mieliśmy pojęcia jaki jest ich koszt. Nikt jeszcze nie wprowadził europejskiej legitymacji osoby niepełnosprawnej, więc nie ryzykowałam pogawędek z tamtejszymi „kanarami” tudzież policją, nie wiem kto u nich robi kontrolę – chyba kierowca :). Mokszy i zmęczeni w końcu zbliżaliśmy się do galerii handlowej Joker, która była naszym celem. Po opróżnieniu pęcherza, w łazience, w której nie było zamka (o zgrozo!), zjedliśmy w poczciwym McDonald’się – tyle kilometrów i cierpień po to, by zjeść fast-fooda. Chciałam spróbować jakiejś ryby, krewetek, czegokolwiek, co świadczyłoby o tym, że jestem w Chorwacji. Na co Robert się śmiał, że spróbuję ryby z chorwackiego McDonald’sa. I od tamtej pory ta szybka restauracja kojarzy mi się ze Splitem – w sumie to lepsze skojarzenie, od tego, że właśnie jem szczura, co nie? Po pożarciu obfitego obiadu z pustymi kaloriami, wypiciu zimnego shake’a ruszyliśmy w drogę powrotną do samochodu, która się nagle okazała jakby krótsza.
Po wyjeździe z tego miasta, pozostawiającego niesmak, nie oglądaliśmy się za siebie. Zrobiliśmy tylko zdjęcie uroczej wysepki, obok której przejeżdżaliśmy i po prostu cieszyliśmy się powrotem, modląc się, by nasze zakupione krewetki z targu, były jeszcze zjadliwe. W domku wzięliśmy się, właściwie to Robert się wziął (ja się bałam tego dotykać) za obieranie tych stworów i usmażyliśmy je na patelni z czosnkiem, cytryną i pietruszką. Wyszły pyszne, ku mojemu zdziwieniu, bo kilkanaście lat temu jak je mi ktoś zaserwował, kompletnie mi nie podeszły. W łóżku włączyliśmy sobie Iluzję, ale po pół godziny Robert słyszał już tylko moje chrrrrr… oczywiście.

Piątego dnia pojechaliśmy do Zadaru.
Nie wiedzieliśmy do końca czy go odwiedzimy, bo po przygodach w Splicie chcieliśmy trochę odpocząć. Decyzja jednak była pozytywna, więc ruszyliśmy w drogę. To, co od razu nam się spodobało, to fakt, iż nie dało się tam odczuć typowo miejskiego klimatu. Stare, surowe budowle, kamienice i chyba zero typowych bloków. Ponad to, płaska powierzchnia i świadomość, że się nie zmęczymy – powiedziała ta, co siedzi na wozie :). Zaparkowaliśmy tuż przy bramie do starówki koło portu i zaczęliśmy podziwiać uroki tego miasteczka, a było ich doprawdy sporo.
Najpierw przeszliśmy między surowymi „białymi” budowlami, po czym znaleźliśmy się na Placu Narodowym. W tych okolicach ścieżki były naprawdę zadbane – dość duże płyty bez tych dzikich przerw, przez które zwykle wyglądam jakbym miała trzęsiawke. Dotarliśmy do parku Perivoj kraljice Jelene-Madijevke, obok którego był piękne okiennice (z tyłu Bramy Lądowej), i koniecznie musiałam mieć je uwiecznione – jakbym miała dom, to chciałabym mieć takie okna! Sam park? Cudowny. Piękny. Wspaniały. Dość duży, zielony teren, naprawdę mnie zachwycił. Co prawda nie wszędzie udało mi się dotrzeć, bo schody były krzywe i niezbyt bezpieczne, ale Robert mi porobił pełno zdjęć i chociaż w ten sposób mogłam zobaczyć resztę. Bardzo się cieszyłam, ze mogłam osobiście zobaczyć widok na Bramę Lądową, bo ten był piękny – wiem, nadużywam tego słowa w tym dniu i pewnie jeszcze nie raz się ono pojawi, ale taki właśnie powinien być Chorwacki widok. Starożytne bramy, z mariną i zielenią wokół.
Wróciliśmy na plac z okiennicami, obok którego znajdował się Plac Pięciu Studni, z równie ładnym widokiem na mury. Później znów się zapuściliśmy w wąskie uliczki, którymi doszliśmy do kościoła św. Donata i muzeum archeologicznego – Robert miał ochotę tam wejść, ale stwierdził, że są schody, nie miałam siły by się z nim targować, bo nie lubię muzeów :). Poza tym coraz bardziej odczuwałam skutki pogodowe. W słońcu było ponad 35 stopni i zero wiatru. Rzadko kiedy zdarzał się cień, a już na pewno nie na promenadzie, na którą właśnie się wybieraliśmy. Promenada była zrobiona dość ciekawie, bo od strony wody były wyłożone płyty, a po drugiej stronie był spory kawałek żwirku, za którym czaiły się stragany, gdzie sprzedawano swojskie wyroby – naleweczki, ryby w słoikach, oleje i inne tego typu rzeczy. Tam kupiłam nalewkę. Idąc dalej promenadą natknęliśmy się na Pana oferującego rejs statkiem. Robert był zasłuchany, że hej, ja nie tak bardzo, bo nie chciałam wydawać reszty pieniędzy, poza tym mój głos rozsądku mówił, że i tak dwie piąte tej ceny to byłby alkohol, którego i tak nie mógłby wypić, bo musielibyśmy dojechać autem. Kontynuując drogę tuz przy wodzie, zaczepił mnie starszy Japończyk – podał mi rękę i gadał po swojemu z uśmiechem – cokolwiek mówił był bardzo sympatyczny :). Zobaczyliśmy jeszcze nieco z oddali wielki statek Silversea i nawróciliśmy. Tuz przy zejściu z promenady, zrobiłam zdjęcie, bo plaża, kwiaty, trawa, drzewka znowu mnie zachwyciły. Nie oddalaliśmy się od wody, miedzy nią a starymi kamienicami był cień i lekko wiało, więc czułam ulgę. Chcieliśmy kupić lody w pucharku, ale były drogie i znowu pożydziłam.
Zjedliśmy je natomiast w jednej z lodziarni w wąskich uliczkach – osiem kun mogłam przeżyć. No i rzeczywiście były dobre. Mieliśmy czas, by odpocząć i porozmawiać. Po deserze ruszyliśmy w dalszy spacer, kupiłam sobie pocztówkę i oboje stwierdziliśmy, że przed odjazdem trzeba coś zjeść. Usiedliśmy w bistro Hedonist, choć patrząc na ceny bistro to to nie było. Robert sobie wziął kalmary z frytkami, a ja gulasz z makaronem. W sumie wydaliśmy 145 kun, moje serce krwawiło, mimo, że Robert płacił. Nasyceni wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy do Zadarskiego Maca, żebym mogła skorzystać z toalety. Później weszliśmy do marketu Billa – według Robert to to był taki nasz Piotr i Paweł, kupiliśmy tam tylko wodę i poszliśmy na drugą stronę ulicy do Konzuma. Tam zrobiliśmy zakupy, nie pamiętam tylko jakie. Pamiętam natomiast, że spędziliśmy ponad pół godziny koło win – Madziunia szukała trunku na wieczór. Polecono mi w Polsce wino Prosek, ale była tylko wersja limitowana za grube pieniądze, Porto mi Robert wybił z głowy, bo nie byliśmy w Portugalii tylko w Chorwacji – kupiłam zatem jakieś z Zagrzebia. Nie pamiętam nazwy, ale tego wieczoru, przy grillu i po grillu wypiłam calutką butelkę sama, tocząc z Robertem dyskusje o zabijaniu zwierząt na mięso oraz kłusownictwie i słuchając dobrej muzyki z telefonu. Było tak ciepło, ze przesiedzieliśmy ten czas na tarasie.

Piątek, szósty dzień nam upłynął spokojnie.
To był nasz ostatni czas, który mogliśmy w pełni wykorzystać na cieszenie się urlopem. Po śniadaniu Robert pojechał z właścicielem do mechanika, bo mu coś tam cykało i cały czas się denerwował o powrót. Kiedy się okazało, że to nic groźnego, wrócił spokojny i pojechaliśmy obok naszej wioski, do Zaboricia – jak się wybieraliśmy do Splitu, widzieliśmy z góry piękny widok na tą miejscowość, więc chcieliśmy zobaczyć jak tam jest. Faktycznie, równie ładna wioska co Brodarica, ale mieliśmy wrażenie, że jest jeszcze bardziej wyludniona i nieprzystosowana do pojazdów czterokołowych, takich jak mój – uliczki były poprzerywane, między nimi żwirek trudny do ujechania. Usiedliśmy sobie przy marinie i zjedliśmy nasz lunch – przed tym jak tu dotarliśmy byliśmy jeszcze w Szybeniku w centrum handlowym kupić alkohol do Polski i przy okazji wzięliśmy sobie w piekarni po takim wypieku, który wyglądał jak wielki pieróg z pomidorami w środku. Po tym, jak napełniliśmy brzuchole, Robert poszedł zebrać kilka muszli na pamiatke, co mnie zaskoczyło, mężczyźni raczej nie bawią się w takie rzeczy :). Nie zostaliśmy tam długo, bo marudziłam Michowi, że musze wracać, bo lada chwila i mi się zacznie okres – jakby nie miał kiedy, tylko przed samym wyjazdem.
Po dotarciu do naszego lokum Robert zaczął szykować obiad, a ja miałam za zadanie poszukać nam noclegu na powrót. Wybrałam pokój w hotelu w Wiedniu, pokazałam go Robertowi, Robert zatwierdził, więc zrobiłam rezerwację. 120 złotych za pokój w takim mieście – super. Obiad z chorwackim sosem zjedzony – mi ten sos nie podszedł – w szafce mieliśmy jeszcze ten, co kupiliśmy w Polsce, więc psioczyłam w głowie, że po co kupowaliśmy kolejny i to jeszcze taki glutowaty. Kolejny odcinek „Sposobu na morderstwo” obejrzany, i co tu dalej robić? Zostało nam ostatni raz przejść po Brodarickiej promenadzie, wrócić i się spakować, by nie robić tego na ostatnią chwilę. Wzięliśmy prysznic, znowu włączyliśmy film i poszliśmy spać.

Przed powrotem do kraju zahaczyliśmy po raz kolejny o Szybenik, by kupić ostatnie pamiątki. Wydaliśmy ostatnie pieniądze, bardziej chyba ja wydałam, ostatni raz nacieszyliśmy oko starówką, na której nawet spotkaliśmy sporą, niepełnosprawną wycieczkę. Robert wypłacił gotówkę na autostradę, zjedliśmy lody i ruszyliśmy. Droga do Słowenii przebiegła bez większych zakłóceń, zegnaliśmy piękne, skaliste widoki, problem lub też nie problem pojawił się w samej Słowenii gdzie się pogubiliśmy. Mi to było nawet na rękę, bo krajobrazów takich można doświadczyć rzadko – góry, pola rzepakowe, trawy…


Odnaleźliśmy po pół godzinie właściwą drogę i jechaliśmy do Wiednia, gdzie czekało na nas łózko. Zaparkowaliśmy na awaryjnych przy ulicy Hollergasse 40, gdzie podobno miał się znajdować nasz hotel, ale gdy Robert się zaczął dobijać do drzwi i przez 15 minut nikt nie odbierał zaczęliśmy nabierać podejrzeń czy aby ktoś nas nie zrobił w jajco. Numer hotelu nie odpowiadał i nie mieliśmy pojęcia, co robić. Facet z restauracji obok potwierdził, ze był tu hotel, ale kiedy Robert podszedł jeszcze raz do drzwi, zobaczył karteczkę z adnotacją, że hotel jest zamknięty. Wściekli zadzwoniliśmy do naszych rodziców i moja mama nam znalazła inny nocleg, pod Brnem – nie mieliśmy wyjścia – musieliśmy jeszcze trochę wytrzymać i tam dojechać. Na miejscu nas zastał facet w szlafroku, który samochód trzymał w domu. Pensjonat był utrzymany w stylu Gierka, ale łózko było, łazienka była. Zasnęliśmy z prędkością światła. Po porannym odświeżeniu chcieliśmy jak najszybciej stamtąd wyjechać, więc nawet nie robiliśmy sobie specjalnego śniadania. Po paru godzinach usłyszeliśmy w radio znane polskie głosy i już byliśmy pewni, że teraz będziemy mieli z górki. Po drodze zatrzymaliśmy się na stacji, by zapełnić brzuchy, wypróżnić pęcherze i ogólnie trochę odpocząć. W domu byliśmy po piętnastej, wcześniej niż się spodziewali moi rodzice. Mama zrobiła na obiad spaghetti, które tak bardzo lubię, a na deser była beza z truskawkami i sosem rabarbarowym, którą lubię jeszcze bardziej. Odetchnęliśmy, podzieliliśmy się rzeczami i puściłam Micha do domu, bo też chciał się ogarnąć, tym bardziej, że szedł na drugi dzień do pracy. Tego samego wieczoru, napisałam do agody reklamację i prośbę o zwrot pieniędzy za tamten nieszczęsny hotel, zrobiłam z rodzicami porządek w ciuchach i zaczęłam szukać w internecie pomysłu na… kolejne wakacje. Tak, to trochę dziwne, ale wiecie co? Dzięki tej majówce pokochałam podróże, a podróże z nim kocham najbardziej.

Gadu-gadu, pitu-pitu. Czyli o rozmowach (ważnych lub mniej) bez barier.



Wielu z was może zdziwi ten wpis, bo przecież jak można się bać rozmowy z osobą niepełnosprawną – z wadą lub bez wady wymowy. Jestem jednak przekonana, że po przeczytaniu tego wpisu uświadomicie sobie, że sami chociaż raz w życie byliście w takiej „kłopotliwej” sytuacji :)

 Czy kiedykolwiek zdarzyło ci się podejść do osoby z porażeniem mózgowym (lub innym neurologicznym schorzeniem) i zapytać ją o drogę? Pomyślicie sobie, że przesadzam, ale uwierzcie mi, większość społeczeństwa – zasadniczo ta starsza, mając pytanie, zadaje je towarzyszowi osoby na wózku, udając przy tym, że ta druga nie istnieje. Wiele razy słyszałam, bym się nie przejmowała starymi moherami, ale gdybym miała to w nosie, świat by nie wiedział o tym, jak wiele murów nas dzieli. Wtedy natomiast nic by się nie zmieniło, bo każdy by myślał, że wszystko jest w porządku. Niestety, nie jest. Ludzie wciąż boją się rozmawiać z osobami niepełnosprawnymi, szczególnie z tymi, u których problem neurologiczny widać jak na dłoni.

Jakiś czas temu, w sumie to dość dawno, natknęłam się na filmik z konferencji TED, na której jedna z uczestniczek z MPD zaczęła przemówienie od słów: Nazywam się Maysoon Zayid i nie jestem pijana. To mi dało to myślenia i tak naprawdę po tych słowach zaczęłam myśleć czy ja też wyglądam jakbym była w cugu alkoholowym? To było trudne, naprawdę. Przypomniałam sobie jak bardzo nie lubię patrzeć w lustro i jak bardzo nie lubię siebie nagrywać. Po części zaczęłam rozumieć, dlaczego ludzie na ulicy mogą mieć mylne przeświadczenie – nikt nie lubi alkoholików, ani osób potencjalnie "niebezpiecznych" Nie rozumiem natomiast tego, dlaczego społeczeństwo nie chce zacząć odróżniać kwestii neurologicznych z kwestiami alkoholowymi i psychicznymi? Bohaterka konferencji TED opowiedziała nie tylko o życiu, ale i o komentarzach mówiących, że wygląda jak upośledzona, że ma takie czy inne usta, że się trzęsie – i tak dalej, i tak dalej. Mimo tych uwag zrobiła swoją „karierę” i poznała wiele sław, z którymi miała okazję wystąpić. Ja nie jestem tak silna. Nigdy nie będę aktorką i nigdy nie wystąpię na scenie. Bo nie mam motywacji, bo Polska mnie zniechęca. Chciałabym natomiast, aby ludzie się przestali bać osób z porażeniem mózgowym, stwardnieniem rozsianym i każdym innym schorzeniem układu nerwowego. Drogą do sukcesu w tym wypadku jest tylko jedna rzecz: ROZMOWA. To poprzez rozmowę jesteśmy w stanie poznać drugiego człowieka. To, że nie zawsze umiemy mówić tak ładnie i płynnie jak ty, nie świadczy o naszym upośledzeniu czy pijaństwie. Masz prawo być zdezorientowany czy zakłopotany, ale jeśli nie spróbujesz nas dostrzec, być może wiele na tym stracisz.

Zasada 1. Zwracaj się bezpośrednio do nas


Fakt, ze najczęściej mamy obok siebie asystenta, nie oznacza, że nie potrafimy się porozumiewać sami. To wręcz niekulturalne, gdy od razu kierujesz pytanie, które nas dotyczy, do osoby, z którą aktualnie przebywamy. Pomyśl jakbyś się czuł, gdybym podeszła do ciebie i twojego kompana i to jego zapytała jak ty masz na imię. Dziwne by to było, prawda?

Zasada 2. Nie udawaj, że rozumiesz, skoro tak nie jest.


Osoby z wadą wymowy rzeczywiście czasem ciężko zrozumieć. Stres tą wadę nierzadko pogłębia, a nie oszukujmy się, chcemy zrobić dobre pierwsze wrażenie, a to dla wszystkich bywa stresujące. Jeśli zadałeś nam pytanie, i nie zrozumiałeś naszej odpowiedzi – nie udawaj, że jest inaczej podsumowując zakłopotanym ”acha…”. Prośba o powtórzenie nie sprawi nam przykrości, nawet ta parokrotna. Przykrość natomiast może nam sprawić wasza obojętność i rezygnacja.

Zasada 3. Nie krzycz i nie klękaj.


Spotkałam się kiedyś z sytuacją, że pewna niewiasta w dość nienaturalny sposób podnosiła głos, gdy mi zadawała pytania. Nigdy nie nosiłam aparatów słuchowych i nigdy nie stwierdziłam u siebie problemów ze słuchem, zatem być może to dziewczę sądziło, że jestem…? No nieważne. Nigdy nie zmieniaj tonu ani poziomu głosu, gdy z nami rozmawiasz – chyba, że sami zakomunikujemy, byś mówił głośniej. W czasie dyskusji staraj się przed nami nie klękać: nie jesteśmy dziećmi, którym trzeba zawiązać czapeczkę. Jeśli ci wygodniej, usiądź na ławce lub krześle, by być z nami twarzą w twarz. 

Zasada 4. Staraj się nie przerywać.


Niekiedy nasza wada wymowy sprawia, że wkładamy dużo wysiłku w zgrabne wysłowienie się. W takiej sytuacji twoje przerywanie naszej wypowiedzi może być dla nas czymś bardzo niekomfortowym. Zresztą, kto z nas lubi, gdy mu się wcina w zdanie? Chyba tylko goście Moniki Olejnik :)

Zasada 5. Zadbaj o ciszę, gdy z nami rozmawiasz.


Nie każda osoba z wadą wymowy lubi przekrzykiwać innych ludzi. Dla niektórych gwar może być demotywujący i uciążliwy, innym natomiast nie będzie on przeszkadzał. Ja osobiście nie lubię krzyczeć i często głośne dyskusje innych sprawiają, że się nie udzielam – np. w pracy grupowej. Jeśli mam z kimś porozmawiać, coś wytłumaczyć, wolę to robić w względnej ciszy – parku lub małej kawiarence. Podobna sytuacja jest z szeptaniem: osoby z wadą wymowy mogą mieć problem z mówieniem „po cichu” i możemy być sfrustrowani, gdy zadasz nam pytanie np. podczas wykładu i będziesz oczekiwał „cichej” odpowiedzi.

Zasada 6. Zachowuj się naturalnie i nie przekraczaj granic prywatności.


Nie obawiaj się zwrotów „idę”, „lecę” itd. My sami często tak mówimy: idę do kuchni, zamiast jadę do kuchni. Nie unikaj naszego wzroku, nie jesteśmy bazyliszkami :). Pamiętaj, by w czasie rozmowy zachować jakąś odległość, a nie wchodzić nam "na głowę". I jeśli nie znamy się dobrze, nie zadawaj pytań, których sam nie chciałbyś usłyszeć.

Zasada 7. Jeśli jesteśmy w grupie, nie zapominaj o nas.


Jest sytuacja, że w grupie masz akurat osobę niepełnosprawną (bez względu na schorzenie). Jeśli każdemu zadajesz pytanie, zadaj je również tej osobie. Jeśli widzisz, że ma problem z komunikacją, pomóż jej się włączyć do rozmowy. I co równie ważne – gdy zapraszasz pozostałych na piwo, nie zapomnij zaprosić też niepełnosprawnego kompana/kompanki.

Są osoby, które w ogóle nie potrafią mówić. Składa się na to wiele przyczyn, których nie będę tutaj głębiej tłumaczyła. Polecam natomiast obejrzeć polski film „Chce się żyć”. Może on niektórych przerazić, innych wzruszyć. Na pewno powinien pokazać, że brak mowy nie ma prawa odebrać człowiekowi możliwości podejmowania decyzji o sobie samym, poznawania innych czy przeżywania miłości. Problem polega na tym, że ludzie są leniwi i mało zorientowani. Znacznie łatwiej jest uznać, że niemówiąca osoba ze schorzeniem neurologicznym nie myśli i nie czuje, bo komunikacja z nią mogłaby nagle ukazać wiele spraw i kwestii, często bardzo niewygodnych. Jeśli jesteście rodzicami lub znajomymi takich osób, poświęćcie im swój czas na rozmowę – jest tyle różnych sprzętów – być może dowiecie się czegoś, co może zmienić całe życie waszych dorosłych już dzieci, kolegów, kolezanek.

Jak wygląda 28. wiosna? Moje małe dziś i jutro.



Dziś jest pierwszy dzień wiosny. Kolejnej, już 28. Pogoda jest szpetna – niebo przysłaniają chmury, a z nich sączy się deszcz, stukając o parapet tak jak lubię. I choć 21 marzec nie przywitał nas słońcem i soczyście zielonymi liśćmi, w moim sercu jest radość i nadzieja.

W zeszłym tygodniu dopadło mnie przeziębienie. Po prawie trzech latach spokoju musiało to nastąpić, szczególnie, że w tym najgorszym okresie zapominałam o witaminach. Na szczęście dość szybko sobie z tym choróbskiem poradziłam i mój nos i mózg zaczął normalnie funkcjonować. W przeciągu tych kilku dni, które zwiastowały wiosnę, miałam okazję, by pomyśleć o moim życiu, minionych latach i przyszłości.

Powiem Wam, że nie była to najprzyjemniejsza czynność. Nikt nie lubi wspominać swoich błędów i szczeniackich zachowań: częściej tych złych niżeli pożytecznych, dlatego ciężko mi było się przyznać przed samą sobą, jaka kiedyś byłam szurnięta i naiwna. Obecnie też podobno jestem – i szurnięta, i naiwna – ale staram się być również dojrzała. Jak się potrafi te trzy rzeczy połączyć, to naprawdę można być całkiem „fajnym” i „odpowiedzialnym” człowiekiem. Nie zamierzam się tutaj dzielić swoimi wybrykami nastoletnimi, chciałabym natomiast głośno się zastanowić czy te 28 wiosen mnie czegoś nauczyło i jak będą wyglądały kolejne lata?

To, z czego jestem dumna najbardziej, to to, że zrozumiałam, czym jest cierpliwość. Dzięki niej poznałam wiele rzeczy, które mnie umocniły. Poznałam ludzi – tych, którzy po prostu bywają i tych, którzy są pomimo moich słabości. Poznałam też Roberta (Micha), dzięki któremu odzyskałam wiarę w coś takiego jak miłość – ani on, ani ja nie jesteśmy idealni, ale się kochamy i akceptujemy. Testem cierpliwości okazała się również zbiórka (trwająca już dwa lata) na sprzęt, który choć trochę pomoże mi stać się bardziej niezależną – i nie mówię tu o całkowitym uzyskaniu tej niezależności, bo nigdy nie będzie tak, że będę mogła np. zostać sama w domu przez cały tydzień – są jednak rzeczy, które mogę zrobić sama i wiem o nich tylko ja, powietrze i może Robert – jadł moje ręcznie robione kanapki i się nie otruł:)

Moja przyszłość nie będzie prosta. Wiem o tym i potrafię się z tym pogodzić. Będę natomiast miała w końcu ten upragniony wózek bądź upragnione kółko, i zrobię pierwszy raz sama zakupy – to nic, że prawdopodobnie stracę kilka złotych, bo będę się wstydziła wziąć resztę, ale to będzie mój mały sukces i tylko ja go zrozumiem. Później z Robertem kupimy mieszkanie, nawet jakąś małą kawalerkę, by mieć nasz własny kąt i może dookoła posypią się komentarze jacy to jesteśmy nieodpowiedzialni, jak my sobie poradzimy: przecież Robert będzie chodził do pracy – jak ja siku pójdę, co będę jadła?! Są to kwestie godne uwagi, gdyż z samodzielną „rozbiórką” do oddania moczu na ubikację mogę mieć problem, ale patrzę realnie – dla któregokolwiek członka rodziny podejście na góra 15 minut w połowie dnia nie będzie stanowiło raczej problemu, a jeśli tak, no to cóż – istnieje pomoc od miasta i osobiście nie przeszkadza mi pielęgniarka na godziny – po to jest ta usługa, by z niej korzystać. Co do kwestii gotowania – coś mi w duchu mówi, że będę zajebistą kucharką – pod warunkiem, że PFRON da mi pieniądze na kuchnie i nikt się nie będzie patrzył na to jak trzymam nóż, chochlę, sito czy cokolwiek innego. Na YouTubie jest pełno filmów jak ponapinani jak ja ludzie gotują, prasują i myją podłogi – zresztą, tego ostatniego już samemu robić nie trzeba – od czego jest iRobot? Czasy się zmieniły i zmieniły się też przedmioty do użytku codziennego. Blendery gotują zupy, miksery same wyrabiają ciasta, a klapy sedesowe myją nam tyłki. No sorry, czy to nie wspaniałe? Dla mnie jest to najcudowniejsza światowa rewolucja, i choć niektórzy pełnosprawni mogą narzekać, że wszystko idzie tak do przodu, to dla osób niepełnosprawnych – również z niedowładami czy napięciami – może to być ogromna szansa, by zacząć samemu coś zrobić. Nie można się bać o to, że dana osoba się oparzy, albo dziwić, że robi coś mniej zgrabnie – ważne, że robi to sama. Kończąc wywód o tajemnych możliwościach spastyków, po tej całej rewolucji mieszkaniowej, chciałabym mieć psa – i zaskoczę tu niektórych – to nie będzie mój kaprys, z którym sobie nie dam rady – to będzie mój przyjaciel, zawsze gotowy do pomocy i dotrzymywania towarzystwa. Bardzo żałuję, że w ludziach wciąż jest przeświadczenie, że pies to kłopot, bo trzeba z nim wychodzić i dbać o niego – rzadko kto potrafi sobie wyobrazić, że takie wychodzenie i dbanie o czworonoga może obudzić człowieka w człowieku. Ale do tego kroku jeszcze jest długa droga i póki co nie będę się nad tym rozwodzić, podobnie nad dzieckiem – tak, bardzo chcę mieć kiedyś dziecko i zaręczam, że go nie zabije zmieniając pieluchę czy karmiąc z cyca. Wiedzieliście, że jest specjalna uprząż dla niepełnosprawnych matek? Mówię Wam, czad. Dzisiejsze czasy, to naprawdę fajne czasy. Niefajne są jedynie stereotypy czy ograniczenia w ludzkich głowach, z którymi my, niepełnosprawni musimy walczyć. Myślę, że doskonale to robi Łukasz i Ewelina, których ostatnimi czasy śledzę i podziwiam – ta para jest dowodem na to, że porażenie mózgowe, nawet to czterokończynowe, nie ma prawa nam zabrać marzeń o domu i rodzinie. Zachęcam naprawdę bardzo gorąco do poczytania: www.paraszukamieszkania.pl

Ja, mała istotka o wielkim sercu i małej pewności siebie, chciałabym, by każda następna wiosna przynosiła nowy cel. By nigdy nie zabrakło mi chęci do walki o to, o czym marzę przez prawie 28 lat. W kolejnych wpisach pokażę Wam moje inspiracje do samodzielnego życia – w internecie można znaleźć wiele udanych gadżetów, a w TV warto oglądać Panią Gadżet :)

Wszystkim życzę przyjemnego, pierwszego wiosennego wieczoru!

Higiena intymna z Viankiem i Deumavanem - recenzja


Higiena intymna - jedna z najważniejszych czynności w życiu każdej kobiety - przynajmniej powinna być najważniejsza, bo wciąż wiele z nas o niej zapomina bądź przeprowadza higieniczny rytuał nieumiejętnie. Czym i jak pielęgnować okolice intymne, by uniknąć nieprzyjemności? Będzie to pierwsza część moich propozycji.

To czym myję okolice intymne jest dla mnie istotną kwestią nie tylko przez oczywisty fakt higieniczny, ale również dlatego iz jestem alergikiem. Nie zliczę ilu płynów do higieny intymnej uzywałam. Nivea, Lactacyd, Biały Jeleń, Tołpa itd, itd... Moim ulubieńcem od dłuższego czasu był Lacibios Femina z bardzo fajnym składem, ale to, co mnie w nim denerwowało to brak zapachu. Pewnie część z Was mi powie, że emulsja do mycia naszych delikatnych sfer ma "czyścić, nie pachnieć, ale dlaczego by nie połączyć obu tych rzeczy i przy okazji nie wyrządzić sobie szkody? O szkodzie piszę nie bez powodu: ile z Was, drogie Panie, myśli o tym co zostało dodane do kosmetyku, którym myjecie krocze? Niestety, bardzo, bardzo często znajdują się tam przeróżne substancje chemiczne, które mają powodować większe pienienie, bardziej gluutowatą konsystencje i niesamowite efekty kolorystyczno-zapachowe. Producenci w całym tym dopracowywaniu emulsji idealnej zapominają o tym, że kobiece narządy płciowe to sprawa delikatna, potrzebująca przede wszystkim witamin do odbudowy i kwasu mlekowego, który utrzyma ph poniżej 4.0, a nie 5 - tutaj nie tylko chodzi o kobiety ze skłonnością do infekcji.

W poszukiwaniu nowych wrażeń, przede wszystkim tych dobrych trafiłam na kosmetyki marki Vianek.



Vianek to polska marka kosmetyków naturalnych. Nie ma w nich parabenów, sls'ów i innych złych substancji - dowodem na jego przyjazny skład jest krótka data ważności: trzy miesiące po otwarciu. Marka w swoim asortymencie ma dwa płyny do higieny intymnej: nawilżający i kojący. W moje ręce trafił ten drugi i przyznam szczerze, że po powąchaniu go oszalałam - przywitał mnie bowiem nieziemski zapach owoców leśnych. Co zatem z podrażnieniem? Nic takiego się nie wydarzyło.



Viankowy żel nie tylko pięknie pachnie, ale ma także mnóstwo składników łagodzących i nawilżających: alantonina czy penthanol. W płynie znajdziemy ekstrakt z liści borówki i zbawienny kwas mlekowy dający ph 4.0 - czyli odpowiednio niskie. Pomimo braku SLS płyn dobrze się pieni, a jego konsystencja jest taka jak być powinna - choć zawsze mam z tym problem jak czytam na innych blogach, że coś jest za rzadkie - ta emulsja jest rzadka, ale nie zauważyłam, by to w czymś przeszkadzało. Butelka jest beczułkowata, ma wygodną pompkę i pojemność 300 ml - biorąc pod uwagę datę ważności to jest ona dość spora, dlatego czasami używam tego płynu nie tylko do mycia miejsc intymnych, ale i całego ciała oraz włosów jako środek zakwaszający. Cena produktu waha się od 14 do 24 zł. Gorąco polecam wszystkim kobietom kochającym pachnidełka, również tym, które są alergiczkami :)

Drugi produkt jaki chciałabym Wam przedstawić i o którym pewnie mało z Was wie, to Deumavan.



Jest to maść do codziennej pielęgnacji miejsc intymnych zarówno kobiet jak i mężczyzn. Wiele podobnych produktów zawiera w składzie wodę, co jest dość paradoksalne, ponieważ nadużywanie wody w okolicy intymnej skutkuje rozwojem bakterii i grzybów. W przypadku Deumavanu skład jest bardzo prosty: Paraffinum Liquidum, Petrolatum, Paraffinum, Tocopheryl Acetate. Jak sami widzicie, jest to produkt na bazie samych olei, dlatego jego zastosowanie nie ma prawa nikomu zaszkodzić, a już tym bardziej przyczynić się do infekcji. Jeśli chodzi o pH maści, to jest ono obojętne.



Kiedy Deumavan się sprawdzi? Zawsze, gdyż na uszkodzenie warstwy skórnej w okolicach intymnych narażona jest każda kobieta. Poza tym maść poleca się stosować:
- po myciu i dokładnym osuszeniu miejsc intymnych
- przy pieluszkowaniu.
- podczas siedzącego trybu życia
- po basenie
- po każdym, nadmiernym podtarciu sromu lub odbytu
- po seksie i podczas seksu (ale nie z prezerwatywą lateksową)

Warto zapamiętać, że każde, nawet najmniejsze uszkodzenie naskórka powoduje nieprzyjemne dolegliwości. Używanie preparatów na bazie wody i alkoholu, takich jak Provag czy Trivagin, może się tylko jeszcze bardziej przyczynić do powikłań. Nie piszę tego, bo tak podaje producent, ale dlatego, że rzeczywiście woda jest "sielanką" dla drobnoustrojów, a alkohol wysusza skórę. Jaki jest więc sens stosowania powyższych preparatów? Żaden. Przyznam szczerze, że sama niegdyś je stosowałam i przynosiły ukojenie tylko na chwilę - później czułam świąd i Saharę. Dlatego też zaczęłam szukać czegoś niereklamowanego i niekomercyjnego, czegoś co faktycznie natłuści skórę i będzie zdrowe. Stosując Deumavan pierwszy raz mogłam naprawdę odczuć równicę. Substancja nie tępi naskórka i nie pozostawia wrażenia wilgoci. Stosuję go nawet kilka razy dziennie i nie mam obaw, że przesadzę. Moja pierwsza tubka maści miała 50 ml i była bezzapachowa, kupiłam ją w aptece za 32 zł - dosyć drogo, ale dalej nie drożnej porównując inne produkty, które mają po 30 ml. Drugą tubkę lawendowego Deumavanu kupiłam za 55 zł - 120 ml. Trudno mi określić czy to dużo czy mało, ponieważ staram się nie oszczędzać na tego typu kosmetykach. Wydaje mi się, że cena jest adekwatna do objętości i jakości - kosmetyk jest bardzo wydajny. Myślę, że pozostanie ze mną tak długo, jak długo będzie dostępny w sprzedaży.

Drogie kobiety (i nie tylko), zadbajcie o swoje miejsca intymne w sposób zdrowy. Nie zawsze wszystko co widzimy w reklamach jest dobre. Miejsca intymne to zbyt delikatna sfera, by na niej eksperymentować, okładajac ją parabenami, alkoholami, SLS'ami i innymi związkami chemicznymi :)

Dlaczego?



Znowuż minęło trochę czasu od mojego ostatniego wpisu. Wczoraj wrzuciłam co prawda recenzję książki, ale doskonale wiem, że to mało. Zaczął się drugi rok studiów i nie mam tyle czasu, co w wakacje, poza tym, żyję miłością, lepiej sypiam i to jest piękne.

Mimo, że jestem ostatnio szczęśliwa, bywa, że w mojej głowie kształtuje się jeden, wielki kamień, utkany z najgorszych myśli tego świata. Niestety, mam niekiedy takie momenty, że sama siebie doprowadzam do destrukcji, lub inni mnie do tej destrukcji doprowadzają. Zwykle po kilku tygodniach mi mija, ale tym razem uznałam, że dobrze będzie podjąć temat jednej z tych upierdliwych myśli, bo jakby nie było, dotyczy ona ludzi.

Dzisiaj, przeglądając kanał Vroobelka, natknęłam się na film o wdzięcznej nazwie „Nie czuj się lepszy”. I powiem wam, że kompletnie nie rozumiem co sie dzieje ze społeczeństwem..

Dlaczego oceniamy siebie nawzajem, choć zupełnie się nie znamy?
Czy zawsze gdy mijamy na ulicy czarnoskórego człowieka lub araba myślimy chuligaństwie i atakach terrorystycznych? Biali ludzie również zabijają. Czy nieprzytomny na ławce zawsze musi być pijakiem?

Dlaczego czujemy się lepsi od ludzi pozornych?
Czy osoba poruszająca się na wózku nie może tak jak ty mieć partnera i dzieci? Czy mezczyzna, który nie kryje łez musi zawsze być „frajerem”?

Dlaczego dostrzegamy własną krzywdę, a innych już nie?
Doskonale pamiętasz jak w szkole Cię nie akceptowali, dlaczego zatem teraz Ty nie akceptujesz słabszych i z nich drwisz?

Dlaczego nie umiemy reagować na zło?
Jesteś świadkiem znęcania się nad zwierzęciem, u Twoich sąsiadów wciąż płacze dziecko, ale nie zareagujesz w żadnym z tych przypadków, bo to nie Twoja sprawa, prawda?

Dlaczego tak często chcesz się upodobnić do innych ludzi?
Pięć kilo tynku na twarzy czy przesadna dieta nie zrobi z Ciebie ładnej kobiety, a blizny po prowokacyjnych bójkach prawdziwego mężczyzny.

Dlaczego szukamy partnerów z bajki?
Pamiętaj, nawet z najprzystojniejszym facetem/najładniejszą kobietą nie będziesz wiecznie szczęśliwy – pewnego dnia może się okazać, że nie macie o czym rozmawiać.

Świat jest kolorowy, nie czarno-biały. Na zachodzie nikogo nie dziwi widok obcokrajowca lub niepełnosprawnego na ulicy. Kobiety po wypadkach lub porażeniu mózgowym zostają znakomitymi kochankami bądź mamami, a mężczyźni na wózku bez przeszkód mogą pokazać jaka twarda z nich sztuka. Są kraje, gdzie panuje bieda, ale zamiast pieniędzy, docenia się tam miłość i rodzinę. Oprócz ludzi biednych, są tacy, co stracili wszystko – zamiast odwracać wzrok podaj im rękę, czasem nawet mały gest będzie istotny, ale nie mam tu na myśli dawania na „chleb” żulom pod sklepem lub cygankom z dziećmi. Dlaczego? Bo tacy ludzie mogą iść po pomoc do miasta, ale tego nie zrobią z wiadomych przyczyn. Powinniśmy być elastyczni, nie zamknięci na opcje. Ciekawi, ale nie sprawiajmy przy tym nikomu przykrości – nie gapmy się na kogoś jak  „sroka w gnat”, bo wygląda inaczej niż my – wystarczy przecież jedno spojrzenie. Uczmy dzieci od małego szacunku wobec zwierząt oraz tego, że na świecie ludzie mają różne odcienie skóry, różną orientację i różne schorzenia. Że to nie oznacza, że są gorsi. Inni mogą mieć o Tobie takie zdanie – czułbyś się przyjemnie? Na pewno nie.

"But we're not the same
We get to carry each other
Carry each other
One..."

KSIĄŻKA: Mroczna materia - Blake Crouch



Dwa lata temu szukając dobrego thrillera/kryminału natknęłam się na trylogię Wayward Pines – Blake’a Croucha, którą pochłonęłam w zaledwie kilka dni. Może właśnie dlatego poczułam ekscytację na wieść o nowym dziele autora, i jednocześnie niechęć do samego tytułu, brzmiącego „Mroczna Materia”. Tak jak tajemnicze miasteczko Wayward Pines wciągnęło mnie bez końca, tak nie byłam pewna czy podołam tematowi o dziwnych zjawiskach. Szybko się jednak okazało, że ów materia wcale nie jest taka „ciężka”, jaka się wydawała.

Jason Dessen jest wykładowcą fizyki na jednym z uniwersytetów w Chicago. Ma żonę, syna, przeciętne mieszkanie. Pewnego wieczoru, gdy wychodzi z knajpy zostaje porwany przez zamaskowanego człowieka, który w starym hangarze wstrzykuje mu substancję narkotyzującą. Chwilę przed zaśnięciem, porywacz kieruje w jego stronę pytanie – „czy jesteś w życiu szczęśliwy?”. Jason po przebudzeniu leży na noszach i widzi wokół siebie ludzi w białych kitlach, niezwykle szczęśliwych z powodu jego powrotu. On sam jednak nie wie kim oni są i co się stało. Okazuje się, że jego świat jest zupełnie inny, że on jest zupełnie innym człowiekiem – nie ma rodziny i nie wykłada fizyki – zdobył natomiast wielkie osiągniecie: przełomowe i niemożliwe. Który świat jest prawdziwy? Odpowiedzi na to pytanie Jason będzie musiał poszukać sam, jednocześnie zagłębiając się w swoją duszę, pragnienia i tęsknoty…

Trudno powiedzieć, co mnie bezpośrednio skłoniło do przeczytania tej powieści. Tak jak wspominałam wcześniej – tytuł nie był dla mnie zachęcający, a okładce się nawet szczególnie nie przyglądałam. Wiedziałam jednak, że Blake Crouch zaskakuje i tak też było w tym wypadku. Pierwsze strony przewijałam powoli, nie spiesząc się, bo w sumie nie było w nich nic szczególnego – opis codzienności. Później, gdy Jason zjawił się w barze i toczył dosyć jednoznaczną rozmowę ze swoim kolegą, byłam prawie pewna, że będzie on miał coś wspólnego z późniejszymi wydarzeniami. To jednak nie była moja jedyna pomyłka. Cała powieść jest napisana ze starannością. Autor trzyma czytelnika w niepewności do samego końca, cały czas dbając o to, by napięcie nie znikło. I bardzo dobrze mu to wyszło – pamiętam, że momentami byłam tak porwana, że czułam szybsze bicie swojego serca. Nie chodzi tylko o mistrzowskie elementy grozy. Chodzi również o to, że każda kolejna kartka przypomina nam pytanie porywacza głównego bohatera. Czy jesteś w życiu szczęśliwy? Jason był szczęśliwy, mimo, że kilkanaście lat wcześniej zrezygnował z kariery naukowej i postanowił zostać z rodziną. Udowodnił to ucieczką, wcale niełatwą, z kliniki, w której się przebudził, do domu, którego już nie miał. Jego tęsknota i miłość do rodziny były tak silne i prawdziwe, że postanowił zrobić wszystko, by ją odzyskać. Droga, jaką przeszedł skłoniła go do przemyśleń, refleksji i walki z samym sobą - w przenośnym i dosłownym znaczeniu.

Książka według mnie nie ma wad. Jest idealna. Ci, co obawiają się naukowych tez nie muszą się obawiać. „Mroczna materia”, której tak się bałam, przeniosła mnie w wspaniałą podróż do wielu rzeczywistości, i tym samym zmusiła mnie do zadania sobie pytania: kim bym była, gdybym wybrała inną drogę? Jak wyglądałby świat w innym życiu? Czułabym dumę, strach, fascynację? I w końcu... Ile bym poświęciła, by odnaleźć drogę do mojego prawdziwego domu?

Dawno nie przeczytałam książki jednym tchem, dlatego oceniam dzieło Croucha jako bardzo, bardzo dobre. Jeśli tak jak ja lubisz wartką akcję i to jak książka może zmusić do refleksji, zdecydowanie przeczytaj „Mroczną materię”.

Wielkie koncerty i dyskryminacja dla dobra niepełnosprawnych?

Twierdzenie, że osoby niepełnosprawne powinny być traktowane normalnie i mieć takie same prawa jak osoby pełnosprawne nie zawsze idzie w parze z rzeczywistością. Niekiedy uprzywilejowanie jest krzywdzące i trąca o dyskryminację. Dziś kilka słów o wielkich koncertach, które MUSIMY oglądać z bardzo daleka bo… NIE MAMY WYBORU.



O tym, że uwielbiam słuchać muzyki na żywo wie każdy, kto mnie zna. Byłam na nie jednym koncercie: większym, mniejszym i ogromnym. Często przemierzałam kilometry, żeby zobaczyć ulubionego artystę, a czasem po prostu szłam do jednego z miejskich klubów, gdzie akurat grał ktoś ciekawy. Mniejsze koncerty zazwyczaj są organizowane w knajpach/klubach i mają to do siebie, że można przyjść i stanąć gdzie się ma ochotę, nikt Ci nie powie, że nie możesz, bo to niebezpieczne, czasem nawet Cię wpuszczą za barierki byś czuł się komfortowo. Większe koncerty odbywają się w małych halach/arenach, jednak dalej możemy wybrać miejsce, jeśli koncert jest siedzący – dla ułatwienia są nam oferowane skrajne siedzenia, ale sam rząd wybieramy sami, natomiast gdy impreza jest stojąca z reguły też nikt nie stwarza problemu, żeby osoba na wózku stała w tłumie. Doskonale pamiętam, jak za małolata razem z moją koleżanką chodziłyśmy na koncerty Ich Troje, wtedy to były naprawdę duże tabuny widzów i my dwie wśród nich. Ogromne koncerty to takie, które są grane w dużych halach sportowych i stadionach, występy te fascynują nas najbardziej, bo spotkać kogoś z zespołu U2, Metallica, Nickelback jest niezwykle ciężko. Organizatorzy takich koncertów jednak nie biorą tego pod uwagę, a może raczej nie biorą pod uwagę tego, że część wózkowiczów także chciałaby poczuć koncertową adrenalinę i pozostawiają nas w czarnej dupie.

Wyobraźcie sobie taką sytuację. Jesteście wielkimi fanami np. Bruce’a Springsteena. Wiecie, że na każdym koncercie utrzymuje niezwykły kontakt z publicznością, która zwykle jest w zasięgu jego rąk. Bruce to rozrywkowy gość, poda komuś dłoń, kogoś innego uściska, a jeszcze innego weźmie na scenę. Tego typu sytuacje chce przeżyć niejeden fan, i ten niejeden fan robi wszystko, by mieć choćby cień okazji, kupując sobie bilet na płytę. Ale co jeśli wśród tych „rozrywkowych” fanów znajdzie się osoba na wózku? Nic, taka osoba musi zapomnieć o dreszczyku emocji i porzucić jakąkolwiek nadzieję związaną z przygodą poznania choćby zapachu Bruce’a, ponieważ dla niepełnosprawnych wstęp na płytę/przestrzeń stojąca jest „rzekomo” wzbroniony. Rzekomo, ponieważ żaden przepis nie broni osobie niepełnosprawnej kupna biletu na płytę i spędzenia na niej koncertu. Organizatorzy często się powołują na przepisy BHP, ale tam też nie ma mowy o takiej sytuacji, gdyż byłaby to dyskryminacja. Haczyk znajdować się może w samym regulaminie imprezy, dlatego warto zawsze go przeczytać. Prześledziłam kilka takich regulaminów i w żadnym nie odnalazłam odniesienia do osób na wózkach, była jedynie mowa o tym, czego nie wolno wnosić na teren CAŁEJ imprezy, np.:

jakichkolwiek ostrych, ciężkich, twardych, szklanych, metalowych lub innych przedmiotów mogących stwarzać niebezpieczeństwo dla innych Uczestników lub samego Uczestnika wnoszącego, np. parasoli, lornetek (innych niż teatralne), a także butów, plecaków lub odzieży zawierających twarde lub ciężkie elementy, które mogą przy nagłym i niespodziewanym zetknięciu się z ciałem innego Uczestnika spowodować uszczerbek na jego zdrowiu


Po przeczytaniu tego punktu, zaczęłam się zastanawiać, czy mój wózek może być odbierany jako rzecz zagrażająca innym, oraz mnie samej? Czy jeśli sprawna osoba złamie nogę dwa tygodnie przed koncertem, może być zmuszona do zmiany miejsca, bo jej gips i kula będą niebezpieczne dla pozostałych? Może podaje tu dosyć abstrakcyjne teorie, ale jeśli organizatorzy myślą właśnie w ten sposób, to może niech wszystkich pozamykają w akwariach po pięć osób, by nikt nikogo przypadkiem nie udrapnął? Poza tym, przetoczony punkt dotyczy całego terenu, a więc również trybun, zatem gdyby wózek zaliczał się do przedmiotów potencjalnie niebezpiecznych, nie można by nim było nigdzie wjechać. Ja jako osoba niepełnosprawna, mogłabym sobie nie życzyć, aby ktokolwiek traktował mój mały pojazd jako coś niebezpiecznego – to jedyna metoda mojego poruszania się i nigdy od nikogo nie usłyszałam, by stanowiła ona zagrożenie. Mogę tu podać przykład tramwaju – kiedyś jechałam nim w największym ścisku, ponieważ akurat mieliśmy w mieście Noc Kupały i każdy chciał dotrzeć nad Wartę – ludzie w bimbie byli poupychani tak, że nie było czym oddychać i każdy się o każdego ocierał, ale nikt mnie nie wyprosił z tego tramwaju, bo coś tam. Dlatego wracając do kwestii płyty koncertowej: każdy kto się decyduje tam wejść, zdaje sobie sprawę, że będzie sardynką w puszce, ale mimo wszystko będzie mu tam dobrze. Osoby niepełnosprawne również są świadome i rozumieją pojęcie własnej odpowiedzialności. Nie chcemy, by odpowiedzialność za nas brał organizator, bo po kiego grzyba? Czy bierze on odpowiedzialność za pozostałe 20 tysięcy ludzi? Ogólną może i owszem, ale nigdy nie jest tak, by każdemu uczestnikowi z osobna gwarantował warunki specjalne. Warto też dodać, że tak jak nie każda sprawna osoba ma ochotę iść na płytę koncertową, tak nie okaże się nagle, że wszyscy wózkowicze kupią bilety właśnie tam i zrobią rozpierdówkę. Jeden człowiek woli się bawić w tłumie, inny na trybunach i należałoby to uszanować choćby przez równouprawnienie.



Dlaczego trybuny są tak bardzo nielubiane przez niektóre osoby niepełnosprawne? Pewnie po części dlatego, że jest to jedyne miejsce, które możemy wybrać: przykład 1, przykład 2, przykład 3. Przeważnie daleko, przeważnie wysoko i przeważnie są to miejsca również zagrożone: na koncercie w Berlinie, trzy kroki ode mnie była sobie para, oboje byli pijani jak świnie i nie dość, że zachowywali arogancko, to jeszcze zakłócali porządek i odbiór koncertu. Ochrona może dwa razy ich upomniała, ale na tym się skończyło. Regulamin nakazywał takie osoby usuwać z obiektu. Poza tym: skoro na koncercie nie można być pod wpływem alkoholu, to dlaczego ten alkohol na miejscu sprzedają? To dość abstrakcyjne posunięcie. Analizując jednak dalej położenie miejsc dla osób poruszających się na wózkach, nikt nie pomyślał, by je zrobić też przed sceną za nieco wyższą cenę, dla trzech, do pięciu osób, poprzez odpowiednie ustawienie barierek, które są ruchome. Dwie wnęki nikomu by nie wadziły, a organizatorzy spaliby spokojnie. Wózkowicz, który by chciał to miejsce zająć, to by na nie polował i byłby zadowolony. A tak? Za kwotę dwa razy większą kupujemy bilet na trybunach, gdzieś hen daleko, na pierwszym piętrze, z których kiepsko widać, już nie mówiąc o szansie przeżycia bliskiego kontaktu z naszym idolem.

Ciekawą rzeczą, która budzi równie wiele kontrowersji to ceny biletów dla osób asystujących. Za granicą z reguły za bilet płaci tylko osoba niepełnosprawna, asystent wchodzi za darmo bo… jest asystentem i niekoniecznie musi lubić dany zespół czy rodzaj muzyki – to po prostu jego praca. W Polsce jak się okazuje trochę inaczej to działa – asystent płaci całą kwotę biletu, bo tak i już. Całkiem niedawno miałam tego typu problem, gdy w Poznaniu odbył się koncert U2 Symfonicznie – nikt z moich znajomych nie jest wielkim fanem utworów U2, a już tym bardziej wykonywanych przez polskich artystów, dlatego głupio mi było kogokolwiek namawiać, by zapłacił grubo ponad 100 złotych za coś co może mu się nie spodobać. Organizatorzy co prawda obniżyli cenę biletu asystenta, ale i tak była ona wysoka. Innym absurdem, o którym niegdyś pisały portale, jest obowiązek przychodzenia osoby niepełnosprawnej na ogromne widowiska z opiekunem. Osobiście bym sama na koncert nie poszła, jednakże są wózkowicze w pełni samodzielni, którzy nie potrzebują opiekunów, a tu im nagle ktoś narzuca obecność drugiej osoby, mającej jeszcze płacić za bilet. Z artykułu opisującego to zdarzenie wynikało, że gdy rzecznik praw osób niepełnosprawnych próbował wyjaśnić tę kwestie telefonicznie, osoba po drugiej stronie rzuciła słuchawką. Widać, niektórych wiedza po prostu przerasta.

Piszę o tym wszystkim, ponieważ chciałabym, aby w końcu każdy miał prawo do własnych wyborów. Są wydarzenia, które mają ludzi łączyć, a nie dzielić, i jeśli osoba niepełnosprawna czuje się na siłach, by uczestniczyć w koncercie tam na dole, gdzie może spełnić swoje marzenia, bo taka jest jej wola, nikt nie powinien tego negować przepisami, które nie istnieją. Warto walczyć o swoje, bo życie jest tylko jedno i być może tylko raz będziemy mogli „powąchać” wykonawcę, który swoimi utworami zmienił nasz los :)

Ciekawostki:


1. Andrzej Kaczkowski to chyba jeden z najbardziej charakterystycznych uczestników Woodstock Festiwalu, podczas którego jest wznoszony na rękach przez publiczność i kierowany ku scenie. Zdjęcie ukazujące uprawiany przez niego stage diving, zostało uznane za koncertową fotografię roku.


2. Bono w 2011 roku podczas koncertu w Nashville zaprosił na scenę niewidomego fana, który akompaniował mu na gitarze do utworu "All I Want Is You". Po wszystkim chłopak dostał gitarę U2 w prezencie. Lider Irlandzkiego zespołu podczas każdego koncertu ma doskonały kontakt z widzami i zawsze ktoś zostaje porwany na "sceniczne deski".

3. Na wielu forach dotyczących biletów na koncerty poszczególnych zespołów, można zaobserwować dyskusje, z których wynika iż niektórym osobom niepełnosprawnym udaje się wejść na płytę - nikomu nie dzieje się krzywda, a i sami wykonawcy proszą ochronę o wyluzowanie.

Ułatw sobie życie: czytnik ebooków Kobo Glo - recenzja

Dzisiaj przychodzę do Was z rzeczą, która powinna zaciekawić nie tylko płeć żeńską, bo mężczyźni chyba też czytają książki, prawda? :) Taką mam przynajmniej nadzieję. Mowa jednak nie będzie o samych książkach, ale o czytniku ebooków. Można ten wpis potraktować też jako recenzje, która z pewnością odpowie Wam na pytanie czy warto.



O czytnikach książek słyszałam tak naprawdę już bardzo dawno temu. Nigdy jednak żadnego nie widziałam na oczy i nie interesowałam się nimi. Do momentu, gdy mój Mich mi nie zaprezentował swojego czytnika w pociągu. Byłam wówczas bardzo zafascynowana tym, że położył sobie Kindla na oparciu i jednym kliknięciem przewracał stronę. Pomyślałam sobie wtedy ile ja wkładam wysiłku w czytanie normalnej książki, bo tu mi podskoczy ręka i strony się przewrócą, albo nie daj boże jakąś stronę niechcący podrę, co też czasami się zdarzało. Po powrocie znad morza zgłębiłam więc temat ebookow. Szperając na Allegro widziałam, że czytniki są bardzo tanie i bardzo drogie. Najtańszy na tamten okres kosztował jakieś 150 zł, a najdroższy 700 zł. Mich mnie namawiał na Kindla ze względu na jasny ekran, jednak jeśli miałam już kupić swój własny czytnik, chciałam by był dotykowy, a niestety dotykowe Kindle to spory wydatek. Przejrzałam zatem blogi z recenzjami i zainteresowała mnie największa konkurencja Kindla, firma Kobo, mająca w swojej ofercie jedynie czytniku dotykowe. Jako pierwszy zamówiłam Kobo Touch, który kosztował 200 złotych. Niestety jego wady zewnętrzne (był to czytnik ze zwrotów) mnie nieco irytowały i dlatego go odesłałam. Z samego działania byłam bardzo zadowolona i pewnie dlatego zdecydowałam dołożyć jeszcze stówę i być pewna, że sprzęt przyjdzie nieużywany. Drugi raz wybrałam Kobo Glo, w wersji nie HD, bo wersja HD poza bodajże jaśniejszym ekranem nie różniła się niczym, no może jeszcze miała większą rozdzielczość – obawiam się jednak, że przy czytaniu nie ma to znaczenia, a czytnik służy jedynie do czytania.



Kobo Glo jest dostępny w czterech wariantach kolorystycznych: czarnym i białym z szarym, niebieskim lub różowym tyłem, który został wzbogacony o eleganckie pikowanie. Ma ekran o przekątnej 6’ i rozdzielczość 1024 x 768, czyli nie małą biorąc do porównania Kindle Classic. Wymiary modelu Glo to 15, 7 cm × 11,4 cm × 1 cm, a więc jest minimalnie większy od wersji HD. Wielkość pamięci czytnika to 2GB, która pomieści kilkaset bądź kilka tysięcy książek (w zależności od ilości stron), ale jeśli ktoś potrzebuje więcej może rozszerzyć pamięć kartą microSD. Czytnik ma rzecz jasna ładowarkę podłączaną do komputera, czas działania bez ładowania to około miesiąc.

Obsługa:

Obsługa czytnika, mimo braku języka polskiego jest bardzo prosta i intuicyjna. Na ekranie głównym po pierwszym włączeniu urządzenia mamy foldery biblioteczne, sklepowe i inne, które ja osobiście usunęłam, bo nie lubię bałaganu. W samej bibliotece możemy sobie utworzyć kolekcje o dowolnej nazwie, ja mam np.: thrillery, obyczajowe itd. Czytnik możemy wyłączyć przełącznikiem u góry, gdy to zrobimy na ekranie jako wygaszacz pojawia się okładka książki, którą obecnie czytamy oraz informacja o tym ile już przeczytaliśmy w procentach. Po włączeniu czytnika od razu nam się wczytuje strona, na której skończyliśmy. Stronę w Kobo Glo przewijamy w bardzo prosty sposób: jeśli chcemy przejść do następnej - dotykamy ekran po prawej, jeśli chcemy wrócić, dotykamy ekran po lewej. Aby przejść do o wiele dalszej strony i nie klikać po kilkanaście razy, wystarczy dotknąć dół ekranu, pojawi się wówczas pasek z ustawieniami, gdzie mamy m.in. strzałeczki <-> rozwijające „zaawansowany” pasek przewijania stron, co jedną lub co kilka. Jeśli klikniemy w trakcie czytania w prawy górny róg, zrobimy sobie zakładkę, by się nie pogubić w przypadku chęci przewertowania książki. Zakładki nie trzeba jednak robić w przypadku, gdy chcemy zacząć czytać inną książkę równocześnie, ponieważ czytnik sam zapamiętuje gdzie skończyliśmy daną książkę. W przypadku modelu Glo dobrym rozwiązaniem poprawiającym czasem korzystanie z urządzenia są wbudowane lampki LED – to nic innego jak podświetlenie ekranu przydające się np., gdy jesteśmy w przyciemnionym pomieszczeniu lub gdy chcemy czytać w całkowitej ciemności, powiedzmy w nocy. Powiem Wam szczerze, że mi zawsze brakowało czytania w łóżku. W pozycji lezącej w ogóle nie mogę czytać normalnych książek, bo mi spadają, zamykają się i ciężko mi przewrócić stronę. Musiałabym wykonywać akrobacje i zapalać światło, które ktoś później by musiał zgasić. Z czytnikiem tego problemu nie mam, włączam go, zapalam lampki w ekranie, opieram go o pilota, leząc na boku i po prostu czytam.



Ustawienia.

Oprócz zmiany języka z angielskiego na francuski, japoński, niemiecki, włoski, hiszpański, portugalski i dużo innych, możemy zmienić ustawienia automatycznego wyłączania czytnika lub sposobu przewijania stron i częstotliwości ich odświeżania – ekran czytnika to tzw. e-papier, kory czasami pozostawia odbitki poprzednich stron i dlatego funkcja odświeżania się przydaje – ja odświeżanie ustawiłam na co piątą stronę. Z ogólnych ustawień warto też wspomnieć o ustawieniach daty i czasu oraz Wi-Fi – ja ze swojego Wi-Fi z pozycji czytnika skorzystałam tylko raz, by pobrać najnowszą aktualizację – poza tym internet mi się nie przydał. Do najbardziej istotnych ustawień mogę zaliczyć ustawienia podczas czytania, które regulujemy tam gdzie przy zaawansowanym przewijaniu stron – dotykamy dół ekranu i po pojawieniu się paska wybieramy Aa. Tam mamy rzeczy najprzydatniejsze: marginesy, wielkość czcionki, krój czcionki i jej kontrast. Możliwości jest naprawdę wiele i możemy bez problemu przystosować czytnik tak, by również mogły z niego korzystać osoby z wadą wzroku, nawet tą głębszą. W normalnej książce niestety nie możemy powiększyć liter, więc gdy jesteśmy np. zmęczeni, często odkładamy lekturę na inny dzień. Co do samych lampek to również możemy regulować ich moc podświetlania albo z pozycji ustawień klikając na górze ekranu i wybierając menu oraz ikonkę brightness, albo z poziomu czytania przesuwając opuszkiem palca po lewej stronie ekranu w górę lub w dół – wówczas płynnie regulujemy jasność.

Podsumowanie.

Ogólnie rzecz biorąc jestem naprawdę zadowolona z modelu Glo firmy Kobo. Nie zauważyłam żadnych wad i również nie uważam, by wadą był szary ekran, bo w końcu książki też nie zawsze możemy kupić z śnieżnobiałym papierem. Jeśli ekran jest dla nas za ciemny, ponieważ akurat jedziemy tramwajem lub nie zawsze w domu mamy najjaśniejsze warunki, możemy wspomóc się wbudowanymi lampkami, które rozprowadzają równomiernie taflę światła. Czytnik jest porządnie zbudowany, i ma stylowy wygląd. Jeśli potrzebujecie czytnika do tego, do czego jest on przeznaczony, czyli do czytania, spokojnie możecie wybrać Kobo Glo.

Akcesoria. Polecam dokupić do czytnika oryginalne lub dedykowane etui. Piszę oryginalne nie po to, by zrobić reklamę, ale ostatnio niestety skusiłam się na pokrowiec uniwersalny Hamy, z którego czytnik wypadał. Etui do Kobo można znaleźć na allegro (oprócz „pochewek” można się załapać na etui otwierane), ale raczej bym radziła zakupy na amazonie, ebay'u bądź aliexpress, gdzie znajdziemy spory wybór porządnych, oryginalnych i nieoryginalnych etui typu „case” w ciekawych wzorach i przystępnych cenach. Przy poszukiwaniu etui typu Case do jakiegokolwiek modelu z dowolnej firmy, należy zawsze dokładnie przeanalizować wymiary czytnika, gdyż nawet z pozoru ten sam model, w nowszej wersji moze mieć inny rozmiar, który uniemożliwi nam korzystanie z zabudowanego etui. W przypadku Kobo Glo różnica jest następująca:
Glo 15, 7 cm × 11,4 cm × 1 cm
Glo HD 15,7 cm × 11,5 cm × 0,92 cm

amazon.com

Kim jestem?



Była studentka dziennikarstwa i pasjonatka nowoczesnych technologii, obecna studentka marketingu internetowego. Lubię zaglądać w ludzkie dusze, analizować problemy i je rozwiązywać. Walczę ze stereotypami sprawdzając przy tym siebie samą. Pokonuję bariery pędząc przez życie na czterech kółkach




Masz pytania? Napisz do mnie: kontakt@krecamniekolka.pl