Kręcą mnie podróże: Chorwacja – cudowny kraj z trudnymi drogami



Nasz wyjazd do Chorwacji był planowany kilka miesięcy temu. Najpierw chcieliśmy wziąć kolegę Roberta (Micha :) ), ale niestety ten miał inne wydatki. Ja dzielnie odkładałam „rentkę” i szkolne stypendium – zdawałam sobie sprawę, że paliwo i zakupy tam na miejscu będą nie tak tanie. Najtaniej nas wyszedł nocleg, bo za 7 nocy zapłaciliśmy 925 zł. Niektórym może się to wydać sporo, ale gdy podzieli się tą sumę przez dwie osoby, wychodzi 460 złotych – nad polskim morzem tak dobre warunki za taką cenę? Nigdy w życiu. Przyznam zresztą, że dosyć długo szukałam lokum, które byłoby bez schodów i z dużym prysznicem. Oferty tańsze też oferowały dobre warunki, ale nie po to jadę na wakacje, by kazać Michowi mnie targać dwa lub więcej razy dziennie po dziadowskich schodach lub przeżywać męczarnie pod prysznicem, mającym zwykle 80x80 cm  Wybór zatem padł na bungalow w Brodaricy, który urzekł mnie przede wszystkim przytulnym wystrojem – w Chorwacji niestety apartamenty z reguły mają na podłogach kafelki i białe ściany – tutaj były panele i kamień na ścianie, odchodzący od wielkiego kominka. I w tej chwili znowu mogę się wydać niektórym wybredną bestią, ale przypominam o cenie – w naszym kraju nad Bałtykiem za panele i kamień pewnie wydalibyśmy 1500 złotych – nie mówiąc już o nowoczesnej kuchni i łazience. Byłam naprawdę szczęśliwa, że coś takiego udało mi się wyszperać, w ofertach, w których żadna nie była w żaden sposób przystosowana.

Kiedy do wyjazdu zostało zaledwie pięć dni, coraz bardziej się obawiałam, że z urlopu za bardzo nie skorzystam – kilka dni brałam antybiotyk, który nie dość, że wywołał u mnie silną reakcję alergiczną, to jeszcze wyniszczył mi wszystkie dobre bakterie i wyszły mi afty i inne ohydztwa. Nie mogłam ustać, bo byłam spuchnięta jak balon i bolała mnie każda kostka. Nie mogłam mówić i jeść, bo w buzi miałam rany. Spać również nie mogłam – ból potęgował ruchy mimowolne i non stop się budziłam. W poniedziałek, na szczęście, tata poszedł do lekarza rodzinnego, by ten mi wypisał jakiś lek, i tak łykając Trioxal i witaminę B2, smarując usta Octeniseptem powoli zaczęłam wracać do formy. Po tym całym horrorze, poczułam wielką ulgę, gdy w końcu przyszedł piątek.



Wyjechaliśmy około 18 – przedtem zaliczyliśmy parę zapominalskich wpadek. Zamierzaliśmy zrobić postój w Czechach, by nie jechać nocą. Mieliśmy tam dotrzeć między 22, a 23, ale w górach nas zastała taka śnieżyca, że Robert musiał zwolnić do 25km/h  Wpadliśmy prawie do rowu – widoczność była zerowa, śnieg padał jak oszalały, aż nagle znikł. Wtedy zaczęliśmy błądzić po Lukovie. Trwało to ponad pół godziny, więc zrezygnowani zadzwoniliśmy do Pani, która nam wynajmowała pokój – bardzo miła kobieta postanowiła po nas wyjechać. O 1 w nocy się położyliśmy spać, by przed 8 rano jechać w dalszą podróż. W Austrii, jak to w Austrii, zastał nas korek gigant. Nawet mnie to specjalnie nie zdziwiło, bo miałam już doświadczenia z poprzednich lat i Robert był trochę zły, że mu o tym nie przypomniałam. Pytanie, czy to by cos zmieniło, ale facet za kierownicą zawsze musi pomarudzić ;). Im bardziej się zbliżaliśmy do chorwackiej granicy tym bardziej czułam w brzuchu mrowienie. W takich momentach naprawdę sobie zdawałam sprawę jak bardzo kocham ten kraj i jak wielki do niego czuję sentyment. Przekroczyliśmy bramki i w końcu pojawiło się to COŚ. Góry, góry, zatoki mniejsze i większe oraz morze – piękne, pochłaniające coraz to bardziej pomarańczowe słońce. Robert jechał pierwszy raz do Chorwacji i już podczas drogi stwierdzał, że jest tu pięknie. To mnie tylko utwierdziło w przekonaniu, że warto było jechać te 1300 kilometrów. U celu, znaczy w naszej Brodarickiej wsi, znaleźliśmy się chwilę po 21, czyli tak jak przypuszczaliśmy. Po raz kolejny mieliśmy problem, by znaleźć nasz bungalow, ale to pewnie dlatego, że był nieco ukryty za głównym budynkiem z apartamentami. Po zaparkowaniu przywitało nas sympatyczne, młode małżeństwo – właściciele nam pokazali całe pomieszczenie, a ja dziękowałam bogu, że łózko już było zrobione, bo oczy Roberta wołały o poduszkę, moje zresztą też :).




Nazajutrz odkryliśmy jak fantastyczny widok udało nam się zorganizować. Z tarasu mogliśmy podziwiać jedną z kilku marin, które tam się znajdowały. Parę ślicznych, małych, białych łodzi kołyszących się na turkusowej wodzie, a gdzieś w oddali krzyki mew. Nadal byliśmy nieco wyczerpani 18 godzinną jazdą, więc żeby znowu nie wsiadać do auta, poszliśmy po prostu zobaczyć, co na nas czeka w miasteczku. Niewątpliwie była to pogoda, ponad 20 stopni w cieniu i lekki wiaterek – to dla mnie idealne połączenie – nic się nie poci ;). Mnóstwo apartamentów i murków z kamienia, wiejskie, prawdziwe babcinki, kwiaty i orientalne rośliny, ławeczki tuż przy wodzie, mostki, mosteczki, widok na wyspę. To, czego nam zabrakło to lodów, takich prawdziwych, na wafelku – podejrzewamy, że to przez maj – to nie jest jeszcze sezon. Wracając z drugiej strony przy ulicy znaleźliśmy chyba trzy piekarnie i dwa Studenaci – coś al ’a nasza Biedronka tylko dużo droższe, hyhy. Napotkaliśmy też sklep z rowerami KTM – to taka ciekawostka dla mojego brata . Po wstępnych oględzinach wróciliśmy do domku na obiad, spotykając naszych sąsiadów, którzy jak się okazało przyjechali z Kalisza. Proponowali nam spotkanie „zapoznawcze”, ale odmówiliśmy przez przygotowywanie żarełka.

Drugiego dnia, po porannych rytuałach, podjechaliśmy autem do Szybenika, który był przeze mnie nazywany Szybernikiem – nie wiem co mi się w głowie uroiło, że tam w środku jest r, ale tak już pewnie zostanie.
Miasto leżało 10 minut samochodem od naszej Brodaricy, ale nie dało się tam dojść pieszo – a jeśli nawet, to na pewno to nie była wyklepana ścieżka. Gdy dojechaliśmy do centrum, powitały nas bloki – nie pamiętałam takich widoków z poprzednich pobytów w Chorwacji, więc blokowisko na górach zrobiło na mnie wrażenie. Później szukaliśmy miejsca parkingowego. Robert się martwił o płatność, ale ja byłam przekonana, że z moją kartą parkingową możemy parkować w strefie na oznaczonym miejscu, pod warunkiem, iż nie była prywatna. Po zrobieniu kółka w końcu zaparkowaliśmy przy ulicy i ruszyliśmy z powrotem pieszo w stronę miasta. Minuty nam mijały przyjemnie – drugi dzień ciepła – ale i zostawały nam stawiane na drodze niespodzianki – tu schody, tam schody. Oczywiście istniała droga samochodowa i prosiłam Roberta, by to jej szukał, po co sobie robić kłopot. W między czasie podziwialiśmy mroczne zakątki miasta, „mroczne”, bo trochę nam przypominały naszą Wildę, tylko czekać aż ktoś nas złoi ;) Po pokonaniu spadów, dotarliśmy na promenadę, gdzie jak się okazało turystów było zatrzęsienie, w tym pełno Polaków. Nie powiem, trochę mi ten fakt poprawił pewność siebie, bo miałam wrażenie, że wyjazd na majówkę do Chorwacji to szaleństwo i głupota – komu by się chciało jechać tyle kilometrów na zaledwie kilka dni? Jak widać, to całkiem normalne :). Chwile pospacerowaliśmy główną drogą portową i poszliśmy na starówkę.


Oczywiście, by się na niej znaleźć musieliśmy wczołgać się po schodach, ale Robert był tak, podekscytowany, że zrobił to ekspresowo. Do góry czekały na nas przepiękne kamienne budynki i tak jak się na końcu zastanowiliśmy była to najładniejsza starówka, którą odwiedziliśmy podczas tego pobytu. Weszliśmy do kilku sklepików, by zobaczyć, co ciekawego możemy przywieźć do kraju i doszliśmy do wniosku, że najlepsze będą niezawodne magnesy, które przyczepialiśmy do lodówek. Robert po drodze skusił się na lody, ja tylko od niego spróbowałam, chcąc przyoszczędzić kupując gdzieś poza tym całym komercyjnym szałem. Obeszliśmy wszystkie zakamarki urokliwych budynków i powoli wracaliśmy do auta – wierzcie mi, półtorej godziny w takim gwarze potrafi człowieka zmęczyć. Jak się potem okazało, gwar Szybenika, miał się nijak do tego, jaki zastaliśmy w kolejnym mieście, ale o tym później. W drodze do samochodu jeszcze zrobiliśmy trochę zdjęć i zbadaliśmy kilka rzeczy wzrokiem – to, co mnie zaskoczyło i nawet Robert nie mógł mnie przekonać, że tak jest, to fontanna, na której były żółwie – żywe. Upierałam się, że to są jakieś ozdoby, dopóki się bardziej nie przypatrzyłam – faktycznie się ruszały. Zrobiłam tylko minę i czekałam aż pójdziemy dalej :). Wstąpiliśmy jeszcze do Chorwackiego Kauflanda, zrobić zakupy – ledwo się wyjazd zaczął i już poszło 120 kun. Madziunia chciała kabelek HDMI, Robercik chciał skrzyneczkę, później jaja, masło czekoladowe, sosik do ryżu na w razie co, zaparzacz do herbaty, piwo, wino i tak oto się wydało trochę pieniędzy. Mi się tylko chciało śmiać, bo jeszcze przed wyjazdem mówiłam mamie, że wydatkami to my zarządzać nie umiemy. W południe się byczylismy i znowu chodziliśmy po Brodarickich marinach.


Trzeciego dnia postanowiliśmy sprawdzić, co jest po drugiej stronie ulicy w naszej wiosce.
Znaleźliśmy kolejną piekarnię i kolejny raz psioczyliśmy na brak przydrożnych ścieżek. Zapędzając się w głąb lewej strony, mogliśmy podziwiać tę bardziej zieloną wersję Brodaricy. Apartamentów już nie było tak dużo, za to dalej domy miały ten swój urok. Było jeszcze bardziej cicho, a droga się ciągnęła nie wiadomo gdzie. Szliśmy i szliśmy, ale w końcu zrezygnowaliśmy, bo naprawdę nie wiedzieliśmy dokąd zajdziemy – według mapy na końcu była zatoka i nawet chcieliśmy w inny dzień tam podjechać autem, ale nie zrobiliśmy tego przez pieska, który się do nas przyczepił – szedł za nami całą drogę i ewidentnie chciał, by go ktoś przytulił – ciężko mi było go zostawiać, więc drugi raz nie chciałam na niego trafiać. Idąc do naszego bungalowu, kupiliśmy w piekarni chlebuś. Na wieczór rozpaliliśmy grilla smażąc kiełbasy i kanapki z serem feta i suszonymi pomidorami, a po jedzeniu wybraliśmy się na ławeczkę na promenadzie i kosztowaliśmy cynamon – Jack Daniel’s Fire – odkryty jeszcze na poznańskich targach whisky – na tej plaży smakował cudownie, a z każdym kolejnym łykiem było mi coraz bardziej smutno, że zostały nam już tylko trzy dni.



Czwarty dzień nosił imię Split.
Szczerze powiedziawszy jechaliśmy tam, bo wypadało. Nie odwiedzić jednego z największych miast Chorwacji? Ja kompletnie zapomniałam, że byłam tam kilkanaście lat temu. Kilometry mijały i coraz bliżej nas pojawiały się blokowiska. Nie zdawaliśmy sobie wtedy sprawy, na jaką minę się natknęliśmy, dopiero wysiadając z auta (po kilku okrążeniach w poszukiwaniu wolnego miejsca) zaczęliśmy dostrzegać jak wielka wędrówka nas czeka. Dotknęliśmy wielkiego palucha Grzegorza z Nim, ale zamiast szczęścia, mieliśmy nadzwyczajnego pecha :). Piękny zielony park Josipa Jurja Strossmayera i pyszne suszone owoce na targu to jedyne miłe rzeczy, które nas tam spotkały. A wszystko się zaczęło od starówki, która nas chyba nie powaliła. Trudno być zachwyconym czymś, co już widzieliśmy w Szybeniku, a jest jedynie trochę większe. Te same budynki, te same uliczki i te same sklepiki. Fakt, tutaj był czynny kolejny targ, na którym po okazyjnej cenie kupiliśmy krewetki, reszta natomiast nas nie urzekła. Po dwóch godzinach chodzenia po starówce, zaczęłam się robić głodna. Wszędzie pachniało jedzeniem i miałam ochotę coś wszamać. Problem tylko polegał na tym, że wszystko tam było pioruńsko drogie, nawet zwykle hamburgery. Co w tej sytuacji zrobić?

Namówiłam Roberta byśmy wyszli z tej starówki i zjedli w centrum handlowym lub na obrzeżach. Miasto było bardzo dobrze dostosowane do wózków: na zjazdy/podjazdy w krawężnikach nie mogliśmy narzekać, ale liczne wzniesienia dawały Robertowi w kość. Ja zresztą też się coraz gorzej czułam widząc jak dycha. Trudno uwierzyć, ale przeszliśmy 4 kilometry w tak okropnym terenie i na naszej trasie nie było ani jednej knajpy z jedzeniem. Same puby z alkoholami. Dotarliśmy w końcu do jakiegoś dziwnego centrum handlowego, które było poćwiartowane na kawałki – pierwszy raz widziałam taki twór – teraz się okazało, że to był kompleks sportowo rozrywkowy :D. Cokolwiek to było, jedzenie tam również mieli drogie i zrezygnowaliśmy, chociaż gdybym się uparła pewnie bym zamówiła najtańsze picie, po to, by skorzystać z toalety, na którą czekałam od godziny. Szliśmy jednak dalej, do centrum handlowego Joker. Patrząc teraz na mapę, trudno mi uwierzyć, że ta nasza droga od starówki, przez Dvorana Gripe, po TC – Joker była tak skomplikowana i długa. Podejrzewam, że zrobiliśmy po prostu większe kółko, nie mieliśmy bowiem internetu, by móc sobie włączyć GPS’a, a samochodowy miał słabą baterię i w całym tym zaplątaniu drogowym patrzyliśmy jedynie na znaki. W międzyczasie gdzieś zboczyliśmy, potem chwilę przysiedliśmy, Robert był zły na te wzniesienia, ja jeszcze bardziej. Autobusy jeździły, ale nie mieliśmy pojęcia jaki jest ich koszt. Nikt jeszcze nie wprowadził europejskiej legitymacji osoby niepełnosprawnej, więc nie ryzykowałam pogawędek z tamtejszymi „kanarami” tudzież policją, nie wiem kto u nich robi kontrolę – chyba kierowca :). Mokszy i zmęczeni w końcu zbliżaliśmy się do galerii handlowej Joker, która była naszym celem. Po opróżnieniu pęcherza, w łazience, w której nie było zamka (o zgrozo!), zjedliśmy w poczciwym McDonald’się – tyle kilometrów i cierpień po to, by zjeść fast-fooda. Chciałam spróbować jakiejś ryby, krewetek, czegokolwiek, co świadczyłoby o tym, że jestem w Chorwacji. Na co Robert się śmiał, że spróbuję ryby z chorwackiego McDonald’sa. I od tamtej pory ta szybka restauracja kojarzy mi się ze Splitem – w sumie to lepsze skojarzenie, od tego, że właśnie jem szczura, co nie? Po pożarciu obfitego obiadu z pustymi kaloriami, wypiciu zimnego shake’a ruszyliśmy w drogę powrotną do samochodu, która się nagle okazała jakby krótsza.
Po wyjeździe z tego miasta, pozostawiającego niesmak, nie oglądaliśmy się za siebie. Zrobiliśmy tylko zdjęcie uroczej wysepki, obok której przejeżdżaliśmy i po prostu cieszyliśmy się powrotem, modląc się, by nasze zakupione krewetki z targu, były jeszcze zjadliwe. W domku wzięliśmy się, właściwie to Robert się wziął (ja się bałam tego dotykać) za obieranie tych stworów i usmażyliśmy je na patelni z czosnkiem, cytryną i pietruszką. Wyszły pyszne, ku mojemu zdziwieniu, bo kilkanaście lat temu jak je mi ktoś zaserwował, kompletnie mi nie podeszły. W łóżku włączyliśmy sobie Iluzję, ale po pół godziny Robert słyszał już tylko moje chrrrrr… oczywiście.

Piątego dnia pojechaliśmy do Zadaru.
Nie wiedzieliśmy do końca czy go odwiedzimy, bo po przygodach w Splicie chcieliśmy trochę odpocząć. Decyzja jednak była pozytywna, więc ruszyliśmy w drogę. To, co od razu nam się spodobało, to fakt, iż nie dało się tam odczuć typowo miejskiego klimatu. Stare, surowe budowle, kamienice i chyba zero typowych bloków. Ponad to, płaska powierzchnia i świadomość, że się nie zmęczymy – powiedziała ta, co siedzi na wozie :). Zaparkowaliśmy tuż przy bramie do starówki koło portu i zaczęliśmy podziwiać uroki tego miasteczka, a było ich doprawdy sporo.
Najpierw przeszliśmy między surowymi „białymi” budowlami, po czym znaleźliśmy się na Placu Narodowym. W tych okolicach ścieżki były naprawdę zadbane – dość duże płyty bez tych dzikich przerw, przez które zwykle wyglądam jakbym miała trzęsiawke. Dotarliśmy do parku Perivoj kraljice Jelene-Madijevke, obok którego był piękne okiennice (z tyłu Bramy Lądowej), i koniecznie musiałam mieć je uwiecznione – jakbym miała dom, to chciałabym mieć takie okna! Sam park? Cudowny. Piękny. Wspaniały. Dość duży, zielony teren, naprawdę mnie zachwycił. Co prawda nie wszędzie udało mi się dotrzeć, bo schody były krzywe i niezbyt bezpieczne, ale Robert mi porobił pełno zdjęć i chociaż w ten sposób mogłam zobaczyć resztę. Bardzo się cieszyłam, ze mogłam osobiście zobaczyć widok na Bramę Lądową, bo ten był piękny – wiem, nadużywam tego słowa w tym dniu i pewnie jeszcze nie raz się ono pojawi, ale taki właśnie powinien być Chorwacki widok. Starożytne bramy, z mariną i zielenią wokół.
Wróciliśmy na plac z okiennicami, obok którego znajdował się Plac Pięciu Studni, z równie ładnym widokiem na mury. Później znów się zapuściliśmy w wąskie uliczki, którymi doszliśmy do kościoła św. Donata i muzeum archeologicznego – Robert miał ochotę tam wejść, ale stwierdził, że są schody, nie miałam siły by się z nim targować, bo nie lubię muzeów :). Poza tym coraz bardziej odczuwałam skutki pogodowe. W słońcu było ponad 35 stopni i zero wiatru. Rzadko kiedy zdarzał się cień, a już na pewno nie na promenadzie, na którą właśnie się wybieraliśmy. Promenada była zrobiona dość ciekawie, bo od strony wody były wyłożone płyty, a po drugiej stronie był spory kawałek żwirku, za którym czaiły się stragany, gdzie sprzedawano swojskie wyroby – naleweczki, ryby w słoikach, oleje i inne tego typu rzeczy. Tam kupiłam nalewkę. Idąc dalej promenadą natknęliśmy się na Pana oferującego rejs statkiem. Robert był zasłuchany, że hej, ja nie tak bardzo, bo nie chciałam wydawać reszty pieniędzy, poza tym mój głos rozsądku mówił, że i tak dwie piąte tej ceny to byłby alkohol, którego i tak nie mógłby wypić, bo musielibyśmy dojechać autem. Kontynuując drogę tuz przy wodzie, zaczepił mnie starszy Japończyk – podał mi rękę i gadał po swojemu z uśmiechem – cokolwiek mówił był bardzo sympatyczny :). Zobaczyliśmy jeszcze nieco z oddali wielki statek Silversea i nawróciliśmy. Tuz przy zejściu z promenady, zrobiłam zdjęcie, bo plaża, kwiaty, trawa, drzewka znowu mnie zachwyciły. Nie oddalaliśmy się od wody, miedzy nią a starymi kamienicami był cień i lekko wiało, więc czułam ulgę. Chcieliśmy kupić lody w pucharku, ale były drogie i znowu pożydziłam.
Zjedliśmy je natomiast w jednej z lodziarni w wąskich uliczkach – osiem kun mogłam przeżyć. No i rzeczywiście były dobre. Mieliśmy czas, by odpocząć i porozmawiać. Po deserze ruszyliśmy w dalszy spacer, kupiłam sobie pocztówkę i oboje stwierdziliśmy, że przed odjazdem trzeba coś zjeść. Usiedliśmy w bistro Hedonist, choć patrząc na ceny bistro to to nie było. Robert sobie wziął kalmary z frytkami, a ja gulasz z makaronem. W sumie wydaliśmy 145 kun, moje serce krwawiło, mimo, że Robert płacił. Nasyceni wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy do Zadarskiego Maca, żebym mogła skorzystać z toalety. Później weszliśmy do marketu Billa – według Robert to to był taki nasz Piotr i Paweł, kupiliśmy tam tylko wodę i poszliśmy na drugą stronę ulicy do Konzuma. Tam zrobiliśmy zakupy, nie pamiętam tylko jakie. Pamiętam natomiast, że spędziliśmy ponad pół godziny koło win – Madziunia szukała trunku na wieczór. Polecono mi w Polsce wino Prosek, ale była tylko wersja limitowana za grube pieniądze, Porto mi Robert wybił z głowy, bo nie byliśmy w Portugalii tylko w Chorwacji – kupiłam zatem jakieś z Zagrzebia. Nie pamiętam nazwy, ale tego wieczoru, przy grillu i po grillu wypiłam calutką butelkę sama, tocząc z Robertem dyskusje o zabijaniu zwierząt na mięso oraz kłusownictwie i słuchając dobrej muzyki z telefonu. Było tak ciepło, ze przesiedzieliśmy ten czas na tarasie.

Piątek, szósty dzień nam upłynął spokojnie.
To był nasz ostatni czas, który mogliśmy w pełni wykorzystać na cieszenie się urlopem. Po śniadaniu Robert pojechał z właścicielem do mechanika, bo mu coś tam cykało i cały czas się denerwował o powrót. Kiedy się okazało, że to nic groźnego, wrócił spokojny i pojechaliśmy obok naszej wioski, do Zaboricia – jak się wybieraliśmy do Splitu, widzieliśmy z góry piękny widok na tą miejscowość, więc chcieliśmy zobaczyć jak tam jest. Faktycznie, równie ładna wioska co Brodarica, ale mieliśmy wrażenie, że jest jeszcze bardziej wyludniona i nieprzystosowana do pojazdów czterokołowych, takich jak mój – uliczki były poprzerywane, między nimi żwirek trudny do ujechania. Usiedliśmy sobie przy marinie i zjedliśmy nasz lunch – przed tym jak tu dotarliśmy byliśmy jeszcze w Szybeniku w centrum handlowym kupić alkohol do Polski i przy okazji wzięliśmy sobie w piekarni po takim wypieku, który wyglądał jak wielki pieróg z pomidorami w środku. Po tym, jak napełniliśmy brzuchole, Robert poszedł zebrać kilka muszli na pamiatke, co mnie zaskoczyło, mężczyźni raczej nie bawią się w takie rzeczy :). Nie zostaliśmy tam długo, bo marudziłam Michowi, że musze wracać, bo lada chwila i mi się zacznie okres – jakby nie miał kiedy, tylko przed samym wyjazdem.
Po dotarciu do naszego lokum Robert zaczął szykować obiad, a ja miałam za zadanie poszukać nam noclegu na powrót. Wybrałam pokój w hotelu w Wiedniu, pokazałam go Robertowi, Robert zatwierdził, więc zrobiłam rezerwację. 120 złotych za pokój w takim mieście – super. Obiad z chorwackim sosem zjedzony – mi ten sos nie podszedł – w szafce mieliśmy jeszcze ten, co kupiliśmy w Polsce, więc psioczyłam w głowie, że po co kupowaliśmy kolejny i to jeszcze taki glutowaty. Kolejny odcinek „Sposobu na morderstwo” obejrzany, i co tu dalej robić? Zostało nam ostatni raz przejść po Brodarickiej promenadzie, wrócić i się spakować, by nie robić tego na ostatnią chwilę. Wzięliśmy prysznic, znowu włączyliśmy film i poszliśmy spać.

Przed powrotem do kraju zahaczyliśmy po raz kolejny o Szybenik, by kupić ostatnie pamiątki. Wydaliśmy ostatnie pieniądze, bardziej chyba ja wydałam, ostatni raz nacieszyliśmy oko starówką, na której nawet spotkaliśmy sporą, niepełnosprawną wycieczkę. Robert wypłacił gotówkę na autostradę, zjedliśmy lody i ruszyliśmy. Droga do Słowenii przebiegła bez większych zakłóceń, zegnaliśmy piękne, skaliste widoki, problem lub też nie problem pojawił się w samej Słowenii gdzie się pogubiliśmy. Mi to było nawet na rękę, bo krajobrazów takich można doświadczyć rzadko – góry, pola rzepakowe, trawy…


Odnaleźliśmy po pół godzinie właściwą drogę i jechaliśmy do Wiednia, gdzie czekało na nas łózko. Zaparkowaliśmy na awaryjnych przy ulicy Hollergasse 40, gdzie podobno miał się znajdować nasz hotel, ale gdy Robert się zaczął dobijać do drzwi i przez 15 minut nikt nie odbierał zaczęliśmy nabierać podejrzeń czy aby ktoś nas nie zrobił w jajco. Numer hotelu nie odpowiadał i nie mieliśmy pojęcia, co robić. Facet z restauracji obok potwierdził, ze był tu hotel, ale kiedy Robert podszedł jeszcze raz do drzwi, zobaczył karteczkę z adnotacją, że hotel jest zamknięty. Wściekli zadzwoniliśmy do naszych rodziców i moja mama nam znalazła inny nocleg, pod Brnem – nie mieliśmy wyjścia – musieliśmy jeszcze trochę wytrzymać i tam dojechać. Na miejscu nas zastał facet w szlafroku, który samochód trzymał w domu. Pensjonat był utrzymany w stylu Gierka, ale łózko było, łazienka była. Zasnęliśmy z prędkością światła. Po porannym odświeżeniu chcieliśmy jak najszybciej stamtąd wyjechać, więc nawet nie robiliśmy sobie specjalnego śniadania. Po paru godzinach usłyszeliśmy w radio znane polskie głosy i już byliśmy pewni, że teraz będziemy mieli z górki. Po drodze zatrzymaliśmy się na stacji, by zapełnić brzuchy, wypróżnić pęcherze i ogólnie trochę odpocząć. W domu byliśmy po piętnastej, wcześniej niż się spodziewali moi rodzice. Mama zrobiła na obiad spaghetti, które tak bardzo lubię, a na deser była beza z truskawkami i sosem rabarbarowym, którą lubię jeszcze bardziej. Odetchnęliśmy, podzieliliśmy się rzeczami i puściłam Micha do domu, bo też chciał się ogarnąć, tym bardziej, że szedł na drugi dzień do pracy. Tego samego wieczoru, napisałam do agody reklamację i prośbę o zwrot pieniędzy za tamten nieszczęsny hotel, zrobiłam z rodzicami porządek w ciuchach i zaczęłam szukać w internecie pomysłu na… kolejne wakacje. Tak, to trochę dziwne, ale wiecie co? Dzięki tej majówce pokochałam podróże, a podróże z nim kocham najbardziej.

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Kim jestem?



Była studentka dziennikarstwa i pasjonatka nowoczesnych technologii, obecna studentka marketingu internetowego. Lubię zaglądać w ludzkie dusze, analizować problemy i je rozwiązywać. Walczę ze stereotypami sprawdzając przy tym siebie samą. Pokonuję bariery pędząc przez życie na czterech kółkach




Masz pytania? Napisz do mnie: kontakt@krecamniekolka.pl