Hallo Berlin, hallo U2! - 30-lecie płyty The Joshua Tree



Tegoroczna trasa koncertowa zespołu U2 – „The Joshua Tree” to niespodzianka dla fanów z okazji jubileuszu płyty o tym samym tytule. 30 lat temu krążek przyniósł grupie ogromny sukces, a jej utwory stały się najlepszymi przebojami do dnia dzisiejszego. Dla mnie „The Joshua Tree” jest faktycznie płytą wyjątkową, tuż obok „Achtung baby”. Z tego też powodu nie mogłam przegapić tego wydarzenia.

Trasa w Europie obejmowała kilka miast, m.in. Londyn, Rzym, Paryż, Amsterdam czy Berlin. Mieszkając w Polsce, szczególnie zachodniej i środkowej najbardziej się opłacało jechać do stolicy Niemiec i tak też zrobiliśmy. W Berlinie byłam dwa lata temu, również na U2 i to miasto mnie bardzo zaintrygowało. Wtedy koncert się odbywał w innej dzielnicy, a pogoda tylko zachęcała do zwiedzania. W środę, 12 lipca, po opuszczeniu domu, widziałam na niebie ciemne chmury i myślałam, czy pogoda, o której słyszałam się rzeczywiście sprawdzi. Robert zanim po mnie przyjechał, odebrał moją koszulkę, którą sobie sama zaprojektowałam i gdy tylko ją ubrałam wyruszyliśmy. Miałam w planach pierwszy raz zrobić prawdziwą wideo relację, nawet chciałam kilka słów nagrać, jednak gdy przekroczyliśmy granicę wiedziałam, że z mojego filmu będzie tzw. kiszkendorf. Lało, zacinało i waliło deszczem – nic nie wskazywało na to, by miało się przejaśnić. O dziwo w samym Berlinie nie pobłądziliśmy, ale mieliśmy kłopot, by znaleźć miejsce, bo wszystkie parkingi były prywatne, a nie miałam zamiaru wydawać kilku euro za miejsce. Niestety nie wydrukowałam mapy i nie miałam pojęcia jak tam wygląda z kopertami. Przed stadionem stało dziesięć radiowozów, ale żaden policjant nam nie umiał pomóc, więc zaparkowaliśmy po prostu na bezpłatnym parkingu na stadionie. Pierwsze, co musieliśmy zrobić, to odebrać bilety z biura. Koszt wysyłki był wysoki, zatem wybrałam opcję samodzielnego odbioru. Wydrukowałam złego maila (nie było w nim mojego imienia i nazwiska), więc Pani musiała szukać po numerze zamówienia – dla mnie to było wszystko jedno, bo z reguły wystarczy numer zamówienia, ale Robert już był poirytowany – serio, ja facetów nigdy nie zrozumiem, tak szybko tracą cierpliwość…

Otrzymałam nasze bilety i ruszyliśmy szukać WC. Kawałek koło stadionu była toaleta ogólnodostępna – z jednej strony dla panów i pań, z drugiej dla osób na wózkach – rzecz jasna kolejka ludzi korzystała z obu, bo po co ta przystosowana ma stać pusta. Ja nigdy nie umiem wymuszać pierwszeństwa, choć mam do tego prawo, tym bardziej, jeśli chcę skorzystać z kibelka przeznaczonego dla mnie, więc staliśmy tam z 10-15 minut, a kiedy nikt nawet nie zaproponował, bym pominęła te kolejkę, postanowiłam iść dalej. Tym razem to ja się zdenerwowałam – po chwili coraz bardziej, ponieważ zaczynało coraz mocniej padać. Kierowaliśmy się w dół w stronę Steubenplatz, bo minęliśmy tylko włoską restauracje z pizzą za 10 euro. Czy w Berlinie je się pizzę? Nie, w Berlinie je się kebab od turka i takiego kebabu szukaliśmy, Znaleźliśmy kebabownię Westend Grill z daniami za 3,50 euro i to była przyzwoita cena za tak dobre mięso, niemniej zanim zamówiliśmy bułki z całym tym mięsiwem musieliśmy szukać bankomatu, gdyż kart nie akceptowali. Naczekaliśmy się za miejscem, zjedliśmy i powoli wracaliśmy na stadion, zahaczając o toaletę, przy której już naprawdę była ulewa. Na miejscu można było z nas wyżymać wodę, więc wzięliśmy z auta parasol, który i tak musieliśmy odnieść, bo regulamin zabraniał wnoszenia takich rzeczy, co w efekcie skutkowało dalszym moknięciem.

Kolejka dla wózkowiczów była połączona z kolejką VIP-owską i znowu staliśmy niczym kury na deszczu. Facet na wózku za mną już klął, a ja głęboko oddychałam i myślałam czy to już koniec niemiłych atrakcji. Po przekroczeniu barierek się okazało, że nie, bo nie prowadziły one bezpośrednio do wejścia na stadion – musieliśmy sami je odnaleźć – steward oczywiście nie wiedział gdzie mam iść, by nie wchodzić po schodach – ktoś obok to odpowiednio skomentował i miał rację – nie dość, że musze moknąc to jeszcze nikt nic nie wie. W końcu Robert mnie zaczął wciągać po tych schodach i w tym momencie mi przyszło do głowy, kto byłby odpowiedzialny gdyby Roberta ktoś przypadkiem popchnął – ludzi było multum i nikt nie patrzył gdzie idzie i jak idzie, byle do przodu. Będąc już na górze znowu pokazaliśmy bilet i ktoś nam wskazał miejsce. Platformy dla niepełnosprawnych liczyły po 5 osób na wózkach i zero krzesełek dla ich asystentów. Nie mam pojęcia czy tylko w halach są te krzesełka, ale ich brak mnie znowu zaskoczył. Mieliśmy półtorej godziny do koncertu, więc poprosiłam Micha, by mi przyniósł szklankę wina, żebym choć trochę zapomniała o tym, jaka jestem przemoczona.

Patrzyłam przed siebie i szczerze współczułam tym, co stali na płycie (ze względu na ulewę), ale jednocześnie im zazdrościłam widoku – mój był masakryczny, widziałam tylko czarne punkty na scenie.


O samym koncercie… 

Gdy usłyszałam pierwsze dźwięki U2 poczułam ekscytację, ale nie było to tak samo silne uczucie jak dwa lata temu, kiedy to byłam na ich koncercie w hali Mercedesa. Raczej było mi nijak radośnie. Cieszyłam się, że tam jestem, że mogę posłuchać mojego ukochanego zespołu znowu na żywo, ale byłam również zła o dupowatą widoczność, pogodę i brak takiego klimatu, jaki panował w hali. Bono i reszta grupy byli rzecz jasna świetni, serwując utwory z płyty The Joshua Tree, ale czegoś mi było niedosyt. Mogliśmy słuchać trzech części koncertu, ta środkowa była poświęcona płycie i znalazły się tam:

Where the Streets Have No Name
I sttill Haven't Found What I'm Looking For
With or Without You
Bullet the Blue Sky
Running to Stand Still
Red Hill Mining Town
In God's Country
Trip Through Your Wires
One Tree Hill, 
Exit 
Mothers of the Disappeared.

Oprawa koncertowa była… Dobra? Nie mogę powiedzieć, że była zła, bo pewnie taka nie była. Natomiast jeśli miałabym ją porównać do tej z koncertu Innocence + Experience to była skromna. Jeden telebim i dość krótki mostek wychodzący w publiczność. Filmów nie było tak wiele i nie było takich przerw narracyjnych między utworami. Otwarta przestrzeń stadionu natomiast zabrała myślę sporo jakości dźwięku. Podczas trzeciej części przy utworze "Mysterious Ways" na scenę znowu została porwana fanka i to nieco mnie ożywiło. The Joshua Tree wypadło dobrze, ale nie znakomicie. Być może to dlatego, że nie jest to główna trasa, może dlatego, że zespół wydał mniej pieniędzy, może przez pogodę a może po prostu moje miejsce mi odebrało całe show. Pojechałam i nie żałuję, pojechałabym nawet jakby w ogóle nie było telebimu i jakbym musiała siedzieć jeszcze dalej. Brak niesamowitych efektów wizualnych nie odbiera zespołowi talentu, emocji i wszystkich cennych cech, które inne grupy nie mają. Ja już kiedyś słyszałam teorię, że występy na stadionie nie są tak klimatyczne jak te w halach sportowych i mogę teraz tą teorię potwierdzić. Bardzo mnie poruszył kawałek "Miss Sarajevo" i film, który mu towarzyszył - podobne odczucia miałam podczas poprzedniej trasy przy utworach "Octoober" i "Bullet The Blue Sky". Ostatnim utworem, był utwór „One”, którego cytat mam wyryty na jednej bransoletce i będzie ze mną pewnie do końca życia, bo tak jak i cały kawałek jest niezwykle prawdziwy w dzisiejszych czasach. Robert myślał, ze koncert się kończył 6 utworów wcześniej, ale wybaczam mu, był pierwszy raz i nie wiedział, że zespól wychodzi na mini przerwę :) Po 23 wyruszyliśmy w kierunku auta, razem z tym tłumem, w tym deszczu - nadal padało i w dodatku zrobiło się strasznie chłodno.

Jazda powrotna, nocą dała niestety Robertowi w kość. Mi zresztą też się oczy zamykały, ale nie mogłam spać, musiałam mówić do Micha, by nie zasnął. Chwilę przed 3 nad ranem byliśmy w domu. Umyliśmy się i poszliśmy spać. Robert niestety musiał wstać do pracy i było mi go zwyczajnie szkoda, może nawet miałam wyrzuty sumienia, że nie pojechałam z ojcem, ale podobało mu się i bardzo go kocham, że mimo wszystko chciał ze mną spełnić moje marzenie.

Dzień po koncercie buszowałam na allegro i zdałam sobie sprawę, że nie mam dwóch płyt koncertowych, więc kiedyś będę musiała uzupełnić kolekcję lub poprosić kogoś o prezent ;). Dowiedziałam się również ile kosztował przejazd z Poznania autobusem fanów i następnym razem może skorzystam, bo cenowo wychodziło podobnie, co nasze paliwo, ale dodatkowo jest frajda, że wszyscy w tym autobusie jadą specjalnie na U2, pewnie też śpiewali podczas drogi, no i mogli się przekimać :)

Drogie U2… Czy zawitacie w końcu do Polski? :)

Mini relacja z koncertu już jest na YouTubie. Niestety przez pogodę nic poza tym nie udało się nagrać. Może następnym razem ;)

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Kim jestem?



Była studentka dziennikarstwa i pasjonatka nowoczesnych technologii, obecna studentka marketingu internetowego. Lubię zaglądać w ludzkie dusze, analizować problemy i je rozwiązywać. Walczę ze stereotypami sprawdzając przy tym siebie samą. Pokonuję bariery pędząc przez życie na czterech kółkach




Masz pytania? Napisz do mnie: kontakt@krecamniekolka.pl